Kamikaze - Ci któzy przeżyli swoją śmierć

Nazywali go, w hołdzie dla najświętszej góry Japonii, małym Fudzi. Majestatyczny wulkan usytuowany na południowym cyplu wybrzeża Japonii nieopodal miasta portowego Kagoshima był ostatnim wspomnieniem ojczystej ziemi. Przelatujący nad nim piloci żegnali się z Japonią i swoim krótkim życiem. Kilka godzin poźniej byli już martwi. "Pogodzilismy się z tym, ze umrzemy w młodym wieku" - wspominał Kensuke Kunuki, który przed pięćdziesięciu kilku laty służył w armii japońskiej jako pilot.
"Miałem wówczas uczucie, że data mojej śmierci została przełożona na wcześniejszy czas". Twarz byłego kamikaze przecinają liczne blizny po oparzeniu. Starszy mężczyzna patrzy na nas oczami pełnymi smutku.
Po drugiej stronie morza, tam dokąd wtedy poleciał Kunuki, w małym wiejskim domku w Północnej Karolinie, amerykański weteran wojenny Bili Simmons przypomina sobie pierwszy atak japońskich kamikaze na lotniskowce amerykańskiej Floty Pacyfiku: "Dla nas, Amerykanów to było coś zupełnie nowego. Człowiek ma taką naturę" - myśleliśmy - "że chce żyć jak najdłużej. To chyba normalne. W żaden sposób nie mogliśmy zrozumieć, jak ktoś w ogóle może być gotów robić coś takiego.
Chcieliśmy się dowiedzieć, czy ci chłopcy rzeczywiście byli gotowi umierać tak młodo, czy szli na śmierć z własnej, nieprzymuszonej woli i czy naprawdę wierzyli w to, że ich przeznaczeniem jest samobójczy atak, jak entuzjastycznie pisali nie tylko wojskowi, kreśląc dla potomnych obraz samurajów przestworzy. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak umierali. O czym myśleli, kiedy ich samolot po raz ostatni wzbijał się w powietrze. I dlaczego nikt ich nie powstrzymał, kiedy jeszcze było to możliwe. Ale w Japonii, kraju posłusznych poddanych, nawet pożegnanie z rodzicami przebiegało w atmosferze teatralnej sztuczności"
.

"Kiedy nadeszła chwila pożegnania, rzekłem do ojca: Na mnie już czas." - tak ówczesny pilot lotnictwa morskiego Masarnichi Shida wspomina swoją ostatnią wizytę w domu.
"Wtedy ojciec powiedział coś, czego właściwie nie powinien był mówić: Ta walka jest przegrana. To były jego słowa. Milczałem. Nawet się nie uścisnęliśmy i nie podaliśmy sobie rąk, tylko uprzejmie skinęliśmy głowami, tak jak to Japończycy mają w zwyczaju".

W Tsujira, trzy godziny jazdy samochodem na północ od Tokio. To właśnie tutaj raz w roku spotykają się niektórzy z tych, którym wówczas udało się ocalić życie. Przeżyli, ponieważ los pokrzyżował szyki ich wodzom. Jedni, salwując się ucieczką przed nieprzyjacielskimi myśliwcami, zdecydowali się na awaryjne lądowanie. Innym na ratunek pospieszył łaskawy los - zanim nadeszła ich kolej, skończyła się wojna. Najmłodsi z nich mieli wówczas zaledwie szesnaście lat, większość około dwudziestki. I wszyscy byli gotowi umrzeć - w ostatnim akcie bezwarunkowego posłuszeństwa służyć uwielbianemu cesarzowi w najwyższej potrzebie.

O tym, jak traktowano pilotów kamikaze w japońskiej armii, Onuki mówił przez te wszystkie lata tylko z rzadka i raczej niechętnie. Dlaczego? Ponieważ większość jego rodaków nie chciała słuchać, jak dowódcy wojskowi wysyłali na pewną śmierć młodzież swojego kraju. Japończycy do dziś nie uporali się jeszcze ze swoją historią okresu drugiej wojny światowej, a zwłaszcza z najtragiczniejszym jej epizodem. Czarna karta w dziejach Japonii wciąż czeka na rzetelny osąd. Zaś Onuki przywiązuje wielką wagę do uczciwej konfrontacji z przeszłością. I nie ustaje w poszukiwaniu prawdy.

Onuki przeżył, ponieważ Amerykanie po jednym z ataków swoich myśliwców uznali go za martwego. Kilka godzin wcześniej odkryli go na ekranach radarów i wysłali eskadrę myśliwców, które ostrzelały jego samolot. Wielokrotnie trafiona japońska maszyna zaczęła spadać. kamikaze Onuki cudem uniknął śmierci, lądując niemal w ostatniej chwili na niewielkiej wysepce. Tego dowódcy w Tokio najwidoczniej nie przewidzieli.
"Prosiłem, żeby wysłano przede mną samoloty rozpoznawcze. I myśliwce osłony. Zwykle tak się robi. Tym razem jednak nie wyruszył ze mną ani jeden samolot. Ani jeden. Mówiono tylko: No już, ruszajcie!" - wyjaśnia Onuki - "Nawet jeśli z góry było wiadomo, że zostaniemy zestrzeleni. Nie było też samolotów eskortujących, dlatego nikt potem nie wiedział, co się z nami stało, czy akcja się powiodła... Pytaliśmy, gdzie zlokalizowano nieprzyjacielskie obiekty. Odpowiadano nam: Wokół Okinawy jest wiele okrętów, weźcie na cel któryś z nich. Chcieliśmy wiedzieć, jakie są warunki pogodowe. Prawdopodobnie dobre." - słyszeliśmy w odpowiedzi. A co mamy robić, jeśli niebo będzie zachmurzone? Odpowiedź była rozbrajająco szczera: "Tak czy inaczej, zaatakujcie cokolwiek. Po prostu lećcie".

Wszystko wskazuje na to, iż dla swoich dowódców młodzi piloci stali się rychło tylko tylko mięsem armatnim. Szkolenie i nauka pilotażu nie miały w tym przypadku większego znaczenia, dlatego traktowano je lekceważąco. Personel jednostek kamikaze był niedoświadczony, a sprzęt przestarzały. Teraz nie odbywano już nawet lotów próbnych. W końcu zabrakło samolotów. Dowództwo wojskowe odebrało im ostatnie nieuszkodzone maszyny, aby zabezpieczyć centrum kraju.
"Powiedziano nam, że z wiadomych przyczyn musimy lecieć na naszych ćwiczebnych maszynach" - opowiada były pilot lotnictwa morskiego Shida.
"Te namiastki samolotów nie miały nawet metalowych skrzydeł, tylko były opięte materiałem. Cierpieliśmy też na chroniczny deficyt benzyny i nasze maszyny wcale nierzadko były napędzane alkoholem. Nieustannie słyszeliśmy obiecanki, że lada dzień - może już jutro - przyjdzie transport paliwa i że nie powinniśmy się o to martwić. Żaden z nas nie wierzył w te bajeczki".

Braki w wyposażeniu i wyszkoleniu, dowódcy usiłowali zrekompensować patosem. W kręgach elity wojskowej mówiło się tymczasem, że aby spłonąć żywcem, nie trzeba być dobrym pilotem. Przecież kamikaze leci tylko raz.
Shigeyoshi Hamazono, również były pilot lotnictwa morskiego, przypomina sobie rozmowę, która - jego zdaniem - dobrze tłumaczy to, iż loty kamikaze stosunkowo szybko stały się celem samym w sobie: "Komendant uścisnął wszystkim po kolei dłoń, a potem zapytał, czy ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości. Jeden z nas podniósł rękę. Panie komendancie - powiedział - ja mam jedno pytanie. Słucham, o co chodzi?" - zwrócił się w jego stronę wiceadmirał.
"Ten, który odważył się wystąpić, to był chłop z charakterem, świetny pilot. Taki, który wcześniej z niejednego pieca jadł chleb i dużo walczył. My, uczniowie, byliśmy bardzo nisko w hierarchii: Oficer, podoficer, czapka, miotła, szufla i na końcu uczeń lotnictwa - mówiło się wtedy. Uczniów traktowano jak podludzi. Wołano na nich głupki, półgłówki, kilka razy na dzień dostawali cięgi. Ale ten mężczyzna był jednym z najbardziej doświadczonych pilotów. W jego głosie dało się wyczuć pewność siebie. Jestem przekonany - stwierdził - że potrafię zatopić nieprzyjacielski okręt, a następnie wrócić do bazy. Czy mogę zatem wrócić?" Admirał odpowiedział tylko: "To jest niedozwolone. Niedozwolone, powtórzył".

Ten, kto prezentował "niezdrowe" przywiązanie do życia, w tradycji militarnej Japonii uchodził za złego żołnierza. Odczuł to na własnej skórze Onuki, kiedy lądując awaryjnie, znalazł się w obozie, który oficjalnie nigdy nie istniał. Przez wiele tygodni, opowiada Onuki, koczował wraz z innymi pilotami - rozbitkami na wyspie, zmagając się z przeciwnościami losu, głodem, chłodem i przygnębieniem. Któregoś dnia on i jego towarzysze niedoli usłyszeli przez ocalałą radiostację, że w drodze są dwa samoloty, które zabiorą ich na stały ląd. "Graliśmy w kości o to, kto z kim poleci. Jeden z samolotów został zestrzelony niemal zaraz po starcie. Nasz jakimś cudem przedarł się przez linię wroga i doleciał cało do Japonii. Wreszcie dotarliśmy do obozu - zarośnięci, wychudzeni, brudni, słowem - obraz nędzy i rozpaczy. Myśleliśmy, że powitają nas tutaj słowami: Dobrze, że jesteście. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy nikt nie wyszedł nam naprzeciw, nie pozdrawiał nas, nie witał. Wreszcie, po jakimś czasie, przyszedł do nas zastępca komendanta i powiedział: Dlaczego wróciliście? Pomyślałem sobie - czy ja dobrze słyszę, cóż on takiego wygaduje? Przecież sami nas tutaj sprowadzili!"
Potem, patrząc na nas spod oka, zapytał, czy się nie wstydzimy. "Jesteście zakałą naszej armii, plamą na jej honorze" - krzyknął ze złością. Na koniec okropnie mnie zbito. Zastępca komendanta przychodził każdego dnia i mówił: "Wróciliście żywi. Jesteście psychicznie niezrównoważeni".

Dowództwo wojskowe Japonii znalazło się w ślepym zaułku. Od dłuższego czasu nad Tokio pojawiały się amerykańskie bombowce dalekiego zasięgu - niestety, całkowicie nieosiągalne dla japońskiej obrony przeciwlotniczej. A to był dopiero początek. Na wyspach Pacyfiku Amerykanie zakładali bazy wojskowe i uparcie trwali w przekonaniu, że Japonia wkrótce skapituluje.
Wszystko wskazywało jednak na to, że ich optymizm był przedwczesny, dowództwo japońskie bowiem gotowe było raczej poświęcić cały naród, aniżeli się poddać. W dobrze zamaskowanych kryjówkach żołnierze amerykańscy znajdowali łodzie wyładowane po brzegi materiałami wybuchowymi, przeznaczone do samobójczych ataków na okręty.

Przypadki poddawania się japońskich żołnierzy należały do rzadkości. Nieliczni, którzy to uczynili - zwykle wynędzniali do granic możliwości, brudni, obdarci, toczący błędnym wzrokiem i upokorzeni łamali zasady kodeksu honorowego armii i jej etyki bojowej. Większość ich towarzyszy broni wolała raczej rzucic się z granatami pod nieprzyjacielskie czołgi, aniżeli dostać w ręce wroga.
Według Shidy było to fatalnym następstwem japońskiego wychowania: "W naszej kulturze istnieją liczące setki lat opowieści, w których samobójstwo przedstawia się jako czyn chwalebny, zaszczytny, by nie rzec - pożądany. Przypuszczalnie akcje kamikaze również usprawiedliwiano - i rozgrzeszano za pomocą tej, tak typowej dla naszego narodu, teorii. A ponieważ w tamtym czasie nie dysponowano już żadną inną bronią, więc nasze dowództwo najprawdopodobniej wpadło na koncept, aby - dla ratowania kraju - wykorzystać mentalność zdolną do realizowania samobójczej taktyki. W Japonii ten rodzaj śmierci zawsze uchodził za piękny i honorowy".

Wywiady z byłymi pilotami kamikaze

Kenichiro Onuki - To był rozkaz ubrany w szaty dobrowolnej decyzji

Panie Onuki, ile miał Pan lat, kiedy został pan kamikaze?

"Miałem dwadzieścia trzy lata. W październiku 1944 roku rozpoczęły się walki o Filipiny, a już w listopadzie stało się jasne, że japońskie oddziały niebawem ustąpią miejsca Amerykanom. Jeszcze w październiku zwołano wszystkich pilotów, a następnie poinformowano nas, że została opracowana nowa strategia "ataku specjalnego" i że naszym patriotycznym obowiązkiem jest oddać życie za ojczyznę. Nasz dowódca powiedział nam na koniec, że każdy powinien dobrze się zastanowić, zanim podejmie ostateczną decyzję. Rzecz jasna, decyzja jest dobrowolna.
Jeszcze raz podkreślił, że uczestniczenie w wykonanym nową metodą ataku jest równoznaczne ze śmiercią. Z tej misji się nie wraca. Zaraz potem odesłano nas z powrotem. Zachodziliśmy w głowę, co to może być za plan, który w stu procentach przekreśla możliwość powrotu. Postanowiliśmy wysłać naszego przedstawiciela do dowódcy kompanii, żeby wybadał, o co tutaj naprawdę chodzi. Dowódca wyjaśnił, że trzeba staranować nieprzyjaciela własnym samolotem. Zupełnie odebrało nam mowę. Byliśmy jak sparaliżowani. Każdy z nas pomyślał w duchu: Na litość boską, czy naprawdę musimy to robić?
Zawsze nas uczono, że celem walki powietrznej jest zestrzelenie nieprzyjaciela. Tymczasem nowa taktyka była dla nas kompletnym zaskoczeniem. Przez całą noc nie zmrużyliśmy oka i zastanawialiśmy się, co w tej sytuacji powinniśmy zrobić. O świcie wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że dopóki jesteśmy żołnierzami, nie wolno nam odmówić wykonania rozkazu. Koniec, kropka. Wiedzieliśmy, że Japonia przegrała na wszystkich frontach i że Amerykanie lada dzień zdobędą Filipiny. Uznaliśmy, iż najprawdopodobniej Japonia jest skończona, i stąd ten szaleńczy pomysł.

Kenichiro Onuki. Fotografia 1. Kenichiro Onuki.

Powiedziałem, że to nie dla mnie, że nie jestem zainteresowany. Wtedy inni zaczęli brać mnie pod włos, pytać, czy rzeczywiście będę miał odwagę iść do dowódcy kompanii i powiedzieć mu prosto w twarz: "Odmawiam uczestnictwa w waszej misji". Pojąłem, że ten numer nie przejdzie. Nie ma takiej możliwości. Kto raz wstąpił do armii, nie może się już wycofać. Koledzy powiedzieli mi; "Czy zastanowiłeś się chociaż przez chwilę, co może się stać, jeśli sam się nie zgłosisz, nie pójdziesz na ochotnika?". No tak, co prawda to prawda. Zdaje się, że inni doszli do tego samego wniosku i dlatego ostatecznie zgłosiliśmy się wszyscy. W taki oto sposób zostałem kamikaze. "



Był jednak ktoś, kto powiedział „nie". Co się później z nim stało?

"Tak, rzeczywiście, jeden z chłopaków powiedział: "Nie idę". Zaraz potem został wezwany do dowódcy kompanii i zapytany, dlaczego nie zgłosił się na ochotnika. "Przyszedłem tutaj po to, żeby służyć jako pilot, a nie żeby rzucać się z bombą na wroga" - odpowiedział tamten bez wahania. W końcu i tak zmuszono go, żeby napisał, że zgłasza się na ochotnika. Zdaje się, że porządnie wtedy oberwał.
Dowódca kompanii powiedział: "Nie wstyd wam? Jesteście przecież żołnierzami!". Po takim dictum zdecydowali się również "sceptycy". Jeśli jest się żołnierzem, nie można po prostu powiedzieć: "To mnie nie interesuje", a następnie usłyszeć w odpowiedzi: "W porządku, jak nie, to nie". Tak mogą myśleć tylko ci, którzy nigdy nie byli w wojsku.
No tak, jedno mieliśmy już z głowy, teraz zaczęliśmy się zastanawiać, kiedy może przyjść rozkaz o rozpoczęciu akcji. Baliśmy się. Byli wśród nas tacy, którzy przez cały tydzień nie przełknęli ani kęsa. Ale klamka zapadła, nie mogliśmy się już wycofać, nie mogliśmy tak po prostu uciec. Zrezygnowaliśmy z oporu, który i tak nie miał sensu, postanowiliśmy zatem przerzucić się na inny kanał, mówiąc sobie: musimy to jakoś przetrwać."


W dniach poprzedzających odlot dostawaliście dobre jedzenie i dużo sake. Jak się wtedy czuliście?

"W Chiranie, tam gdzie przez dwa dni czekaliśmy na samoloty, rzeczywiście doskonale nas karmiono. Było nas dwunastu. Sami oficerowie. Na stół serwowano rozmaite smakołyki, sake lała się strumieniami. Ale jakoś nic mi nie szło. Nie mogłem przełknąć nawet kęsa. Tylko od rana piłem wino ryżowe. W sercu czułem ucisk. Jakby kamień w nim siedział. I tylko sake pomagała, skutecznie rozwiewała czarne myśli. Przed odlotem też sobie nie żałowałem."

Istnieją pogłoski, że były także narkotyki. Czy to prawda?

"Tak, to prawda. Do sake dodawano czasem środki pobudzające. Kiedy leci się w długą trasę, człowiek szybko się męczy. W takim przypadku można sobie było zaaplikować tę "Genki-sake", i znów być rześkim jak skowronek. Z Chiranu na Okinawę to jakieś dwie godziny lotu, niezbyt długo - dlatego woleliśmy tego nie brać. Taka mieszanka była dobra tylko na długie odcinki, kiedy leciało się pięć do sześciu godzin. "

Co pan myślał tuż przed odlotem?

Siadając za sterami, zapuszczając silnik i przygotowując się do startu, człowiek jest potwornie spięty. Start jest zawsze bardzo niebezpieczny. Czasem nawet minimalne zboczenie z toru niesie ze sobą niebezpieczeństwo skapotowania samolotu, a wtedy pilot nie ma praktycznie żadnej szansy na przeżycie. Już po nim. Dlatego podczas startu właściwie o niczym się nie myślało. Pożegnania były zawsze najcięższe. Mieliśmy wystartować o wpół do czwartej po południu. Ale od wczesnych godzin porannych przez cały czas startowały inne maszyny. Jeden z moich przyjaciół odleciał przede mną. Stał w szeregu razem z innymi pilotami. Pamiętam jego pożegnalne słowa: "Chciałbym umrzeć razem z tobą. Ale sam widzisz, rozdzielono nas. Żegnaj Onuki, i nie martw się - będę czekał na ciebie na tamtym świecie".
Byli i tacy, którzy nic nie mówili. Mieli spojrzenie głębokie jak morze. Straszne spojrzenie, jeszcze dziś pamiętam, jak patrzyli na mnie w milczeniu. W takich momentach było mi bardzo ciężko. Widziałem, jak okropnie się męczą, ale nic nie mówili. Stali jak kamienne posągi, zesztywniali z przerażenia. Pożegnania były zawsze znacznie trudniejsze dla tych, którzy zostawali tu, na dole. Płakaliśmy.
Kiedy się odlatuje, trzeba zapuścić silnik i jechać do linii startowej. To bardzo niebezpieczny moment. Napięcie sięga zenitu. Zanim samolot wzbił się w powietrze, pilot koncentrował się wyłącznie na sterach. Nie było czasu na smutek, ani na żadne inne uczucia. Ale zanim wsiadło się do samolotu, tak, wtedy było najciężej - tysiące myśli przelatywały przez głowę. Później, kiedy już siedziało się w kokpicie, człowiek poddawał się. Chwytał za stery i mówił sobie: no to w drogę.

Strona: 1, 2, 3, 4