Ucieczka z obozu "Sonkurai".

Ucieczka
Przyjaciel Bradley’a, a wcześniej jego dowódca – Mike "Walki" T. L. Wilkinson często odwiedzał go, gdy przebywał w podobozie przeznaczonym dla zarażonych cholerą i malarią. Mimo, że było to zabronione, udawało mu się wśliznąć do obozu. Sprzyjał temu fakt, ż Japończycy bojąc się zarazić cholerą słabo go pilnowali. Woleli pozostawać w jak największej odległości od jego granic. Podczas tych spotkać "narastał w nas pomysł ucieczki. Bill, który był członkiem naszej grupy, uważał że wspólnie z kapitanem Jack Feathers’em, porucznikiem J. F. Robinson’em i wszystkimi członkami 18. Dywizji R.A.S.C. był zawsze przygotowany do ucieczki". Podczas pracy w dokach Singapuru zdobyli tabletki do uzdatniania wody oraz chininę przeciwko malarii. Podczas pobytu w "Sonkurai" byli pewni, że ucieczka musi nastąpić wcześniej niż później. Brakowało im tylko kogoś z umiejętnościami żeglarskimi. Bradley poinformował kompanów, że jego kolega Walkie, jako członek "Royal Ocean Racing Club" był lepszym żeglarzem niż on. Tym sposobem Walkie dołączył do grupy uciekinierów. Bradley z Walkie już wcześniej myślał o ucieczce dlatego od samego początku ukrywał przed Japończykami kompas. Pewnego razu Walki zapytał go czy byłyby gotów uciec z nim z obozu. "Oboje wiedzieliśmy, że szansa ucieczki była znikoma, ale przeżycie pobytu w obozie była na podobnym poziomie".

Widok na rzekę Song Karia z betonowego mostu na drodze nr 323. Most kolejowy znajdował się gdzieś w tym miejscu. Baraki obozowe rozstawione były na lewym brzegu rzeki. Fotografia 4. Widok na rzekę Song Karia z betonowego mostu na drodze nr 323. Most kolejowy znajdował się gdzieś w tym miejscu. Baraki obozowe rozstawione były na lewym brzegu rzeki.

W końcu grupa rozpoczęła przygotowania do ucieczki. Główną przeszkodą była dżungla. Japończycy dobrze wiedzieli, że ucieczka z obozu przez gęstą nieznaną dżunglę jest teoretycznie niemożliwa. Każdy kto wcześniej oddalił się od obozu, był znajdowany martwy kilkaset metrów od ogrodzenia. Jasny kolor skóry był dodatkowym utrudnieniem.
Bill Angker, kapitan z 18. Dywizji R.A.S.C był odpowiedzialnym za gromadzenie zapasów. Każdy z grupy miał za zadanie odkładać część racji ryżu i suszonych ryb na konto przyszłej ucieczki. Bill zbierał żywność i ukrywał ją w rejonie obozu dla chorych na cholerę. Tym sposobem zapas żywności znajdował się poza wzrokiem Japończyków. Dwóch oficerów z kompanii Billa także wchodziło w skład naszej grupy. Byli to Jack Feathers i "Robbie" Robinson. Innym członkiem grupy był Ian Moffat, inżynier z 9. Dywizji Indyjskiej, którego Bradley poznał w "Changi". Pochodził z Argentyny, gdzie jego rodzice byli chodowcami bydła. Przeżył wojnę i z tego co Bradley pamiętał, powrócił do Argentyny. Porucznik Guy Machado, euroazjata, z "Straits Settlement Volunteer Force" był nauczycielem. Podczas przygotowań do ucieczki wniósł duży wkład w zbieranie zapasów żywności. Guy przeżył ucieczkę jak i wojnę, ale to wszystko było dla niego za dużo. Zmarł w 1957 roku w wieku 50 lat.
Porucznik T. P. D. Joens z "Malaya Regiment" twierdził, że zna birmańskie wybrzeże, co byłoby bardzo przydatne. Posiadał on także mapę tamtych okolic ukrytą w jedwabnej chusteczce. On jak i wielu innych jeńców przekazali grupie uciekinierów wiele cennych wskazówek dotyczących Birmy i jej wybrzeża. Niestety nikt nie był w stanie powiedzieć, gdzie dokładnie znajdował się obóz "Sonkurai" i jak daleko był od birmańskiego wybrzeża. Według ich wiedzy odległość ta mogła wynosić około 80 kilometrów i była możliwa do przejścia w ciągu trzech tygodni. Planowano przejść po 2.5 kilometra dziennie. Po ucieczce Bradley wspominał jak bardzo się mylili. Nie podejrzewali dodatkowo jak gęsta była dżungla, przez którą musieli się przebijać.

Pracownicy najemni - kulisi (jap. Romusha) przy budowie linii kolejowej w rejonie obozu Sonkurai. Fotografia 5. Pracownicy najemni - kulisi (jap. Romusha) przy budowie linii kolejowej w rejonie obozu "Sonkurai".

Kolejnym członkiem wyprawy był kapral Brwon pełniący funckję NCO w "Straits Settlement Volunteer Force". Dziesiątym członkim był indyjski rybak zwany Nur Mahommed. Pochodził z Chittagong i został złapany przez Japończyków podczas żeglowania. Bardzo tęskinił za swoją rodziną i był gotów zrobić wszystko by się wyrwać z obozu. Grupa liczyła także, że jego wiedza i język przydadzą się gdy dotrą do birmy.
Wszyscy, którzy dołączyli do grupy wiedzieli, że jeżeli ktoś zostanie ranny będzie pozostawiony sam sobie. Każdy liczył się z taką możliwością i był gotów ponieść takie ryzyko.
Plan ucieczki zakładał dotarcie do birmańskiego wybrzeża, gdzieś na wysokości miasta Ye (Yay). Liczyli, że po dotarciu do rzeki Ye zbudują tratwę i nią spłyną do ujścia. Następnie wykorzystując wiedzę Nur’a mieli zbudować małą łódkę żeglarską i wypłynąć w może kierując się na północ w rejon gdzieś pomiędzy deltą rzeki Irrawaddy a Wyspami Adamańskimi, gdzie stacjonowały wojska sprzymierzonych.
Podczas przygotowań Bradley i kolegami wycinał przejście w dżungli kierując się w stronę rzeki Song Karia, która jak się mu wydawała była jednym z dopływów rzeki Kwae Noi. Plan ucieczki zakładał przekroczenie rzeki powyżej lub poniżej wykarczowanej ścieżki w zależności od gęstości zarośli na drugim brzegu rzeki. Przygotowana ścieżka miała dać uciekającym bezceny czas na oddalenie się od obozu.
Walkie poprosił dowódcę obozu od strony jeńców, podpułkownika A.T. Hingstona, aby wstrzymał się 24 godziny ze zgłoszeniem ich ucieczki Japończykom. Niemieli także pewności czy w dniu ucieczki Japończycy nie przeprowadzą przeliczenia jeńców na placu apelowym. Robili to często z losową częstotliwością.
Już po ucieczke Bradley dowidział się, że Japończycy natychmiast po zorientowaniu się o zaistniałej sytuacji rozpoczęli przeszukiwanie obozu i dżungli wokół niego. Nie odkryli jednak ścieżki w dżungli co dało uciekinierom sporą przewagę. Podpułkownik Hingston miał zostać stracony, ale udało mu się tego uniknąć.
Dnia 5 czerwca 1943 roku członkowie grupy mieli skrycie przekraść się na teren wydzielonego obozu dla chorych na cholerę, gdzie przebywał James Bradley. Z tego miejsca rozpocząć się miała ucieczka. Zgromadzonych zostało 70 funtów ryżu, trochę nasion soi, suszone ryby, czerwony pieprz oraz kilka puszek rybnych. Dodatkowo zgromadzone zostały: chinina, krem przeciw komarom, tabletki oczyszczające wodę, lina, sznurek, cukierki, zapałki i kubki, siekiera, trzy maczety, jedna albo dwie latarki oraz jeden lub dwa kompasy. Każdy z nas niósł pojemnik po masce gazowej, który spełniał rolę worka transportowego. Kto miał, zabrał także kilka dodatkowych ubrań oraz rzeczy prywatne. Bradley zabrał dwa zdjęcia swojej żony. Ian Moffat posiadał dodatkowo talię kart, pudełko talku przydatnego w zapobieganiu otarciom.
Opuszczenie obozu i dotarcie do rzeki nie nastręczyło poważniejszych problemów. Poziom rzeki był nieco wyższych niż oczekiwano, ale przeprawa nie nastręczyła problemów. Po znalezieniu się na drugim brzegu grupa skierowała się na zachód w kierunku pasma gór oddzielających Birmę od Tajlandii.

Przybliżona trasa ucieczki z obozu Sonkurai. Fotografia 6. Przybliżona trasa ucieczki z obozu "Sonkurai" Czerwoną linią zaznaczono przebieg lini kolejowej.

W ciągu kilku dni od ucieczki grupa przemierzała dżunglę w zakładanym tempie. Czasami udawało się przemaszerować ponad 4 kilometry dziennie. Śniadanie składało się z ugotowanego ryżu, który wraz z wodą miał postać papki. Do picia była tylko przegotowana woda. Nią także napełniane były butelki. Cała grupa podzielona była na 3 osobowe składy. Dwóch posiadało maczety torując sobie drogę w zaroślach, a trzeci obserwował kompas starając się utrzymać kierunek zachodni. Koło południa następował krótki odpoczynek, ale bez posiłku. Około godziny piątej po południu grupa była już na tyle zmęczona, że zarządzany był postój. Z bambusów robiony był prowizoryczny szałas chroniący przez deszczem i wzrokiem tubylców. Na początku szałas był lepiej wykonany. Podłoga znajdowała się około 30 cm nad ziemią, a dach pokryty był liśćmi. Obok paliło się ognisko, które dawało ciepło, odstraszało zwierzęta oraz służyło do gotowania. Ogień był utrzymywany przez całą noc. W wyższych partiach gór rozpalenie ogniska nie było takie proste, ze względu na dużą wilgotność powietrza i problem ze znalezieniem suchego materiału.
Podczas wędrówki zdarzało się, że posiłki były niespodziewanie wzbogacone mięsem żółwim. Największą obawę nie stanowiły dla uciekinierów tygrysy czy węże ale pijawki. Po wbiciu się w ciało były bardzo trudne do usunięcia. Bradley posiadał notes, w którym notował postępy ucieczki. Poszczególne osoby zapisywał inicjałami, aby w przypadku złapania przez Japończyków nie zdradził tożsamości pozostałych.
Dnia 18 lipca Robinson został ugryziony w rękę przez jadowite zwierzę. Szybko poczuł się bardzo źle. Po dotarciu w wyższe partie gór, dżungla stała się tak gęsta, że grupie z trudem udawało się przebyć więcej nić pół kilometra dziennie. Największą trudność sprawiały kępy wysokich bambusów, które tworzyły mur nie do przejścia. Potrzeba było dużo czasu i energii, aby przedrzeć się przez tą gęstwinę.
Po trzech tygodniach marszu wszyscy byli bardzo wyczerpani i powoli tracili nadzieję, że uda im się dotrzeć do celu. 25 lipca zjedzona została ostatnia porcja ryżu. 29 lipca poniesiona została pierwsza strata. Rankiem, po przebudzeniu się nie było kaprala Browna. Od kilku dni cierpiał on z powodu tropikalnych wrzodów i gangreny. Kilka razy informował towarzyszy, że nie był w stanie kontynuować marszu. Kiedy po przebudzeniu się nie było wśród nich kaprala, wszyscy zrozumieli, że świadomie oddalił się od grupy, aby nie być dla nich balastem i w spokoju umrzeć. Przez kilka kolejnych nocy wszyscy obserwowali wyciętą przez nich ścieżkę licząc, że Brown jednak powróci.
30 lipca Bradley zwichnął nadgarstek i nie był już w stanie użyć maczety. 2 sierpnia Jack Feathers zmarł we śnie. 5 sierpnia Wilkie zmarł na atak serca zaraz po tym jak skończył budować szałas. James Bradley bardzo przeżył śmierć przyjaciela. Wspominał, że gdyby miał więcej odwagi został by przy nim, gdyż sam nie miał sił dalej iść i odczuwał ból w okolicy serca.
Pomimo ciągłych opadów deszczu pozostałym członkom grupy udawało się każdego wieczora rozpalić ogień, przy użyciu zapałek, które do tej pory nigdy nie zamokły. Również latarki nie odmówiły posłuszeństwa.
9 sierpnia Jones zniknął z obozu na ponad dwie godziny. Grupa postanowiła cofnąć się ścieżką, którą wycięła w dżungli by odszukać go. Znaleźli go nieprzytomnego. Przez kolejne dwa dni Jones był prawie niesiony przez pozostałych, aż do momentu gdy dotarli do jednego z dopływów rzeki Ye. Tam dostrzegli opuszczoną chatę, która najpewniej należała do myśliwych. Tej nocy zmarł Robbie w wyniku posocznicy i dezynterii. Nie udało mu się wyleczyć ręki, zatrutej w pierwszych dniach ucieczki.
Tej samej nocy Jones, który bardzo cierpiał z powodu dezynterii od samego początku ucieczki i nie był w stanie niczego nieść, wybłagał pozostałych aby pozostawili go i kontynuowali marsz bez niego. Rankiem Jones otrzymał pełną butelkę wody i pozostał w chacie. Koledzy poinformowali go, że jeżeli będzie to możliwe przyślą pomoc w ciągu 48 godzin. Od teraz grupa liczyła już tylko pięć osób. Maszerowali przeszło sześć tygodni, a przez ostatnie dwa nie mieli już nic do jedzenia.

Pomiędzy 14 a 17 sierpnia dotarli do szerokiej i wolno płynącej rzeki Ye. Na jej brzegu postanowili zbudować tratwę. Przebywanie na otwartej przestrzeni mogło łatwo zdradzić ich obecność. Liczyli się z tym i byli przygotowani na złapanie lub nawet na rozstrzelanie. Jak wspominał Bradley taki obrót sprawy byłby nawet dobrze przyjęty. Zaoszczędził by im dodatkowego wysiłku w zbudowanie tratwy i spływ rzeką.
Moffat tak zapisał te dni w swoim pamiętniku: "Bradley i Machado mdleją regularnie a Anker może używać tylko lewej ręki. Nur Mahommed bardzo słaby."
17 sierpnia tratwa była gotowa i rozpoczął się spływ rzeką. Wszyscy mogli odpocząć, a świadomość, że nie musieli już wycinać sobie szlaku w dżungli jedyną sprawną maczetą, poprawiła ich morale.
Niestety, kiedy rzeka skręciła na zachód, wpłynęła w wąwóz i stała się bardziej rwąca. Tratwa nie wytrzymała i rozpadła się. Utracony został dobytek. Moffat zgubił także buty, które zawieszone miał na szyi. Udało im się tylko ocalić chlebaki, gdzie ukryte mieli rzeczy osobiste. Moffat, Machado i Bradley dopłynęli do brzegu rzeki. Bill Anker i Nur Mahommed popłynęli dalej. W końcu udało ich się odszukać. Na szczęście także dobili do tego samego brzegu rzeki.

Tego dnia spotkali pierwszych ludzi od czasu ucieczki z obozu. Było to dwóch myśliwych, którzy odpoczywali nad brzegiem rzeki. Zabrali oni wycieńczonych uciekinierów do swojej chałupy, gdzie podzielili się z nimi swoim jedzeniem i pozwolili przespać noc. Grupa próbowała namówić ich do odszukania chaty, gdzie pozostawiony został Jones, ale bez rezultatu. Nur był bardzo szczęśliwy, gdyż był w stanie zrozumieć język jakim posługiwali się Birmańczycy i jako tako nawiązać lepszy kontakt.

Następnego dnia, 18 sierpnia, zabrani zostali do wioski Karni, gdzie spotkali się z przywódcą lokalnej społeczności. Jak się potem okazało, przyjacielsko nastawiony wódz wydał ich wojskom japońskim. Bradley był bardzo szczęśliwy, że udało im się dotrzeć do miejsca oddalonego od miejscowości Ye o kila mil. Tym bardziej, że podczas całej wyprawy to głównie on wyznaczał kurs swoim kompasem.
Wódz nie posiadał zbyt wiele jedzenia i poczęstował każdego raptem dwoma bananami. Znał trochę angielski, gdyż kiedyś służył w szeregach armii birmańskiej. Jego jednoizbowa chata znajdowała się na skraju wioski. Wieczorem wódz pozwolił im odpocząć na werandzie, gdzie po pewnym czasie dołączyła do nich jego młoda żona. Noc spędzili śpiąc na ziemi niedaleko chaty.

19 sierpnia zostali zabrani do chaty gdzie spotkali się z wodzem wioski Arkan. Zabrał on nasze pieniądze obiecując kupić im jajka i tytoń. Niestety, nie otrzymali żadnej z tych rzeczy. Następnego dnia zostali przeniesieni do Arkan, gdzie zostali ciepło przywitani przez jej mieszkańców. Uśmiechnięte twarze tych ludzi oraz ich gościnność zostały przez Bradley bardzo dobrze zapamiętane. Później zostali przeniesieni do "Burma House", nieużywanego budynku policji, a następnie do mieszkania, w którym przebywało dwóch mężczyzn i ich żony. Tam poczęstowani zostali kurczakiem z curry oraz wzięli kąpiel.
Bradley czuł, że wódz z wioski Karmi sprzedał ich. Nur Mahommed przez cały czas obawiał się pobytu w tych wioskach. Przekazał on swoje obawy pozostałym członkom grupy. Wszyscy zaczęli zdawać sobie sprawę, że są bacznie obserwowani i w końcu mogą zostać sprzedani oddziałom armii japońskiej.
Po wojnie wódz wioski Karmi został oskarżony o zbrodnie wojenne, w tym o wydanie uciekinierów wojskom japońskim.

Strona: 1, 2, 3