Zwiadowcy Alamo - najlepsza jednostka wywiadowcza na Pacyfiku

Zespół Nellista i Rounsaville'a: Akcja ratunkowa na przylądku Oransbari, 4-5 października 1944.
Dziewiątego września ASTC ukończyli uczestnicy czwartego z kolei naboru, w sumie dwa zespoły, na których czele stali porucznik William E. Nellist z miejscowości Eureka w Kalifornii oraz porucznik Thomas J. Rounsaville z Atoki w Oklahomie.

Porucznik William E. Nellist, w środku, wraz z kolgami z czwartego naboru. Fotografia 47. Porucznik William E. Nellist, w środku, wraz z kolgami z czwartego naboru.

Koniec września zastał oba zespoły na wyspie Rumberpon, należącej administracyjnie do Holenderskich Indii Wschodnich, niemal pięć kilometrów od wybrzeża półwyspu Ptasia Głowa. Zwiadowcy śledzili ruch japońskich barek oraz funkcjonowanie ich baz zaopatrzeniowych na południe od Manokwari. To zajęcie nie obfitowało w żadne wydarzenia. Od chwili ukończenia ASTC organizowali małe zwiady w głąb lądu i pływali na kutrach torpedowych, patrolując pobliskie wody. Tak było do 28 września, kiedy to podszedł do Nellista holenderski porucznik Louie Rapmund z Administracji Cywilnej Holenderskich Indii Wschodnich.
Od sierpnia wykorzystywał Rumberpon jako punkt ewakuacyjny dla jeńców wojennych oraz tubylców uwalnianych przez Japończyków z obozów na Ptasiej Głowie (Yogelkop). Rapmund dowiedział się od jednego z tubylców, że były holenderski gubernator tych obszarów wraz z rodziną i kilkoma służącymi wywodzącymi się z miejscowej ludności jest przetrzymywany przez Japończyków w małej wiosce na przylądku Oransbari. Rapmund poszedł wraz z tym tubylcem do Rounsaville’a, który miał codzienny kontakt z wywiadem 6. Armii.
Co prawda zdaniem MacArthura i innych generałów operacje na Nowej Gwinei miały się ku końcowi, ale wciąż na tej wielkiej wyspie oraz na okolicznych mniejszych wyspach i wysepkach znajdowało się około dwustu tysięcy Japończyków, którzy stawiali gdzieniegdzie opór. W rozmaitych miejscach nieprzyjaciel przetrzymywał jeńców, przeważnie narodowości holenderskiej, australijskiej i melanezyjskiej, wykorzystując ich jako robotników przymusowych. Mniej więcej dwa tysiące Japończyków zaszyło się na przylądku Oransbari, a z tych około trzydziestu znajdowało się w zamienionej na obóz jeniecki małej wiosce cztery kilometry od wybrzeża w głąb lądu.
Wkrótce po przekazaniu tej informacji do dowództwa Rounsaville i jego zespół, wraz z Rapmundem i byłym jeńcem, wiosłowali zaciekle wzdłuż wybrzeża przylądka Oransbari. Przybili do brzegu u ujścia rzeki Wassoenger, dziesięć kilometrów na północ od tej wioski. Dżungla była tu bardzo trudna do przebycia i przedzieranie się przez nią zajęło kilka godzin. W końcu dotarli na skraj wioski i tam przywarli do ziemi, obserwując i robiąc notatki. Bystre oko Rounsaville’a oszacowało przybliżoną liczbę Japończyków, usytuowanie chat, najdogodniejsze drogi wiodące do wioski oraz inne szczegóły. Posuwając się wzdłuż wybrzeża, zaznaczył punkt ewakuacji, ale zauważył, że jest on strzeżony, gdyż znajduje się tam stanowisko broni maszynowej. Kiedy Rounsaville uznał, że zebrał wszelkie potrzebne informacje, zwiadowcy wrócili.
To miało być zadanie dla dwóch zespołów.

Drugiego października obydwie grupy przybyły na Biak i tam odbyły naradę z wywiadem 6. Armii, ustalając plan mających trwać dwanaście godzin działań rozpoznawczych. W skład grupy Nellista wchodzili: sierżant Andy Smith, Szeregowy Galen C. Kittleson, starszy szeregowy Gilbert Cox, sierżant technik Wilbert C. Wismer i dwóch Filipińczyków: starszy szeregowy Sabas A. Asis i sierżant Thomas A. Siason.
Kutry torpedowe miały dowieźć zwiadowców do ujścia rzeki Wassoenger. Stąd mieli wyruszyć w dziesięciokilometrowy marsz przez dżunglę do wioski, które miało bronić około 30 Japończyków. Niestety kilka kilometrów dalej było ich około dwóch tysięcy ukrytych w dżungli. Po dotarciu do wioski mieli zliwkidować Japończyków, uwolnić jeńców i jak najszybciej wycofać się. Było podejrzenie, że holenderskiego gubernatora osobiście nadzorowała grupa oficerów z tajnej policji, Kempeitai.

Przylądek Oransbari. Fotografia 48. Przylądek Oransbari. Na oryginalnej mapie z 1943 roku nie dokładnie określone zostało położenie ujścia rzeki Wanoesseer oraz wioski Waribadi. W rzeczywistości rzeka uchodzi do morza w miejscu zaznczenia wioski a wioska znajduje się kilometr na połunie od koryta rzeki.

Tego samego wieczoru zwiadowcy wyruszyli na pokładzie kutra torpedowego, któremu towarzyszyły jeszcze trzy inne, ale cała flotylla musiała zawrócić z powodu bardzo silnego sztormu. Także druga próba podjęta następnego wieczoru skończyła się niepowodzeniem, ponieważ jeden z kutrów zawadził pod wodą o kłodę drewna i pogięła się śruba. Czwartego października, tuż po przejściu o piątej rano tropikalnej ulewy, spróbowano jeszcze raz. Przecinając czarny ocean w bezksiężycową noc, około północy kutry znalazły się blisko linii brzegowej wyznaczonego celu. Nie minęło pięć minut, jak trzy pontony płynęły cicho w kierunku brzegu, a zza chmur wyjrzał czerwony księżyc, psując swoją obecnością szyki ich pasażerom. Plaża była wąska, miała może z metr szerokości. Gdy zwiadowcy po czterdziestu pięciu minutach dobili do brzegu, nagle z dżungli wyszło trzech ciemnoskórych tubylców, ubranych w krótkie spodnie khaki. Byli to ich przewodnicy. Zamykająca się nad głowami gęstwina liści nie przepuszczała nawet odrobiny księżycowego światła, ogarniając wszystko smolistą ciemnością. Jedynym naturalnym światłem były małe migotające światełka utworzone przez gnijącą roślinność. Pomimo ciemności tubylcy szybko znaleźli wąską i błotnistą ścieżkę prowadzącą od rzeki Wassoenger do interesującego zwiadowców celu.

Zespół porucznika Nellista. Fotografia 49. Zespół porucznika Nellista.

Przewodnicy uprzedzili zwiadowców, że Japończycy niespecjalnie dbają o swoje bezpieczeństwo, ale zwiadowcy nigdy nie wierzyli nikomu na słowo. Kittleson przed zrobieniem każdego kroku najpierw badał stopą, czy może stanąć w tym miejscu. Posuwali się tak przez dżunglę już ponad dwie godziny, gdy Rounsaville kazał zgasić latarki. Jak później wspominał Kittleson, zrobiło się nieco nieswojo. Ścieżka prowadziła na południe przez przylądek Oransbari, do rzeki. Zbliżali się do ciemnej wstęgi wody, gdy nagle z oddali, ale wyraźnie usłyszeli dwa strzały z karabinu. Zwiadowcy zamarli i padli na kolana. Jeden z przewodników poinformował Nellista i Rounsaville’a, że Japończycy często polowali w nocy na dzikie świenie. Odczekali dla bezpieczeństwa kwadrans po czym Nellist podczołgał się do Kittlesona i kazał mu iść dalej. Dotarłszy do rzeki, zwiadowcy weszli do wody, trzymając broń nad głowami, i posuwali się w wodzie po kolana ku skrajowi wsi. Gdy doszli, zrobiła się już trzecia nad ranem i księżyc był nisko, poza linią drzew. W ciemnościach uklękli niedaleko jeden od drugiego i obserwowali. W powietrzu czuli dym. Rapmund postanowił wysłać na zwiad jednego z byłych jeńców który, zanim zaczął walczyć z Japończykami, służył jako ordynans w japońskim garnizonie. Mężczyzna wyślizgnął się cicho jak dym. Wszyscy usiedli, czekając na jego powrót i obserwując wioskę. Gdzieś w ciemnościach zaszczekał pies, zapiał kogut; oba te odgłosy brzmiały donośnie wśród ciszy dżungli. Godzinę później wrócił wysłany tubylec i przyniósł ze sobą trzy japońskie karabiny, które ukradł. Mówił coś do Rapmunda, który poszeptał z Rounsaville’em, a ten zebrał swoich ludzi i poinformował ich przyciszonym głosem, że we wsi jest dwudziestu trzech Japończyków plus pięciu na warcie.
Osiemnastu spało w jednej długiej chacie nipa stojącej na palach. W drugiej chacie, ze dwadzieścia metrów za tamtą, spało jeszcze pięciu. To kwatera główna Kempeitai. Tam znajdował się Gubernator. Przy brzegu były stanowiska broni maszynowej - zdobycznych holenderskich ciężkich kaemów i japońskich erkaemów. Było tam czterech ludzi. Nie było jednak nigdzie wart, co świadczyło, że Japończycy czuli się tu względnie bezpiecznie. Jeńcy byli rozmieszczeni w róznych chatach, których nie wolno im było opuszczać pod groźbą zastrzelenia. Rounsaville zdecydował rozpocząć akcję dokładnie o czwartej. Ten czas pozwolił im na zajęcie odpowednich pozycji. Sygnałem miał być oddany przez niego strzał.

Plan ataku został przygotowany wcześniej na podstawie przeprowadzonego przez Rounsaville’a rozpoznania. Zamierzali zaatakować z trzech stron. Rounsaville, jego zespół oraz Rapmund mieli zająć się głównym barakiem. Asis, Wismer, Smith i jeden z przewodników - wejść do szałasu stanowiącego kwaterę Kempeitai, zabić znajdujących się tam żołnierzy i, jeśli to możliwe, wziąć do niewoli dowódcę. Z kolei Nellist i pozostali oraz przewodnik powinni iść w stronę brzegu i zlikwidować stanowiska broni maszynowej. Plaża musiała być czysta, aby można było wezwać kutry.
Rounsaville ze swoimi ludźmi obszedł wioskę naokoło, aż dotarł do upatrzonych pozycji wzdłuż długiej chaty. Prowizoryczne koszary tonęły w zieleni, toteż dokoła chaty było bardzo ciemno. Dając znak, aby podążyli za nim, Rounsaville podprowadził grupę do stojącej na palach chaty i kazał wszystkim schować się pod nią, uważając, żeby nie zawadzić głową o jej podłogę. W chacie panowała cisza, jeśli nie liczyć niezbyt głośnego chrapania śpiących tam mężczyzn. Rounsaville podzielił grupę na dwie części. Jedną poprowadził ku drabinie stojącej na końcu chaty, pozostali podpełźli do drugiej drabiny, na przeciwległym krańcu domu. Tam czekali, pełni napięcia i pocąc się na całym ciele ze zdenerwowania. Rounsaville patrzył na zegarek i zdawało się, że to trwa wieczność. Kiedy wreszcie była czwarta, wyczołgał się spod chaty i powoli wszedł po drabinie. Druga część zespołu na przeciwległym krańcu chaty zrobiła to samo. Zarówno drzwi chaty, jak i okna były osłonięte moskitierami. Rounsaville uniósł moskitierę w drzwiach i zajrzał do środka. W chacie paliła się mała lampka, rzucając dokoła długie cienie. Jeden żołnierz ubrany tylko w przepaskę na biodrach stawiał czajnik na opalanym drewnem piecu. Rounsaville spojrzał na stojącego obok niego Opu Alfonso, trzymającego dwunastostrzałowy Remington z latarką i kiwnął głową. Popatrzył na zegarek - było dziesięć po czwartej. Wziąwszy głęboki oddech, Rounsaville odrzucił moskitierę i świecąc sobie latarką, wszedł do wnętrza chaty. Strzelił raz, tak jak się umówił z kolegami, celując w człowieka przygotowującego herbatę, a następnie w śpiących. Przez jedne i drugie drzwi wpadli pozostali zwiadowcy. Japończycy usiłowali poderwać się na nogi. Niespodziewanie ich spokojna chata zamieniła się piekło - strzelanina, błyski wystrzałów, krzyki i oślepiające światło latarek. Niewielu udało się chwycić za broń, większość zginęła, zanim zdążyli zerwać się z łóżek. Kilku wyskoczyło przez okna i zaczęło uciekać w stronę dżungli, a zwiadowcy strzelali za nimi. Trafili dwóch i ci ranni próbowali ukryć się w rowie, ale nie na wiele się to zdało. Szybka, krótka salwa i było po wszystkim. Alfonso i Fox pobiegli za tymi, którzy zdołali dopaść ściany lasu.
Smith zobaczył, że Rounsaville wchodzi po drabinie do oddalonej o dwadzieścia pięć metrów chaty. Wraz z Asisem i Wismerem przyczaili się przy wejściu do kwatery Kempeitai. Wewnątrz spało czterech Japończyków: dwóch na pryczach po prawej, a dwóch po lewej stronie od drzwi. Jeszcze jeden, zapewne oficer, spał na łóżku w tyle pomieszczenia. Smith i Asis wślizgnęli się do środka i w ciemności potknęli się o skrzynkę na książki, ale ten hałas nie pobudził śpiących. Usłyszawszy umówiony strzał, Smith podniósł karabin i wystrzelił w stronę śpiących z lewej strony od drzwi, a opróżniwszy piętnastonabojowy magazynek, załadował nowy i znowu strzelał tak długo, aż nikt się nie ruszał. Tymczasem Asis zajął się tymi na prawo. Oficer ciągle leżał w łóżku, wybałuszając w zdumieniu oczy na Amerykanów. Smith podszedł do niego i już zaczął mierzyć z karabinu, gdy przypomniał sobie, że oficera należy wziąć do niewoli. Wyrecytował formułkę skłaniającą do poddania się i zapewnił Japończyka, że nic mu się nie stanie. I wtedy bez żadnego ostrzeżenia oficer odrzucił moskitierę i skoczył na Smitha, a w jego ręku błysnął bagnet. Smith chciał walnąć go karabinem, ale chybił. W tej samej chwili rozległ się strzał i martwy Japończyk upadł na wznak na swoje łóżko. Strzelił Asis.

Atak trwał nie dłużej niż trzy minuty. Kiedy padł rozkaz wstrzymania ognia, zwiadowcy przeszukali wioskę. Zakładnicy siedzieli skuleni w chatach, nie wiedząc, co się dzieje, aż do czasu, gdy Rapmund zaczął ich wołać. Rounsaville wysłał kogoś do Nellista z informacją, by wezwał przez radio kutry. Ich załoga powinna wysłać po nich pontony.
W jednej z chat znaleziono japońską radiostację, ale kilka celnych pocisków kaliber 7,62 mm zamieniło ją w szmelc. W innej chacie Smith odkrył stojący na stole gramofon, a koło niego kilka płyt, wszystkie amerykańskie, w tym niektóre z piosenkami Binga Crosby’ego. Smith postawił obok karabin, wziął płytę z piosenką My Melancholy Baby i włączył gramofon. Rozległ się głos Crosby’ego. Smith usiadł, przymknął oczy, oparł swoje zabłocone buty o stół i rozkoszował się muzyką. Kiedy tak napawał się chwilą, nagle wszedł Vaquilar i bez słowa posłał wokoło serię z karabinu. Zdumiony Smith zerwał się na równe nogi. Zaobaczył za sobą japońskiego żołnierza opartego o tylną ścianę z wielkimi plamami krwi na ubraniu i z błyszczącym bagnetem zatkniętym mocno na karabinie Smith patrzył, jak żołnierz osuwa się powoli. W końcu runął martwy tuż za miejscem, na którym przed chwilą siedział. To był ostatni raz, kiedy w czasie akcji Smith pozwolił sobie na chwilę relaksu i nieuwagi.
Tymczasem Rounsaville zebrał wszystkich zakładników. Holenderski gubernator był oszołomiony, ale zdrowy. Wraz z nim była żona i dwanaścioro dzieci w wieku od siedmiu do kilkunastu lat. Zwiadowcy uwolnili też służących gubernatora, przeważnie kobiety i dzieci, gdyż mężczyźni albo zostali straceni, albo uciekli do dżungli. Jednak Rounsaville myślał, że jest tu trzydziestu dwóch zakładników, tymczasem okazało się, że jest ich sześćdziesięciu sześciu. Wszyscy zakładnicy zostali odnalezieni, a wieś przeszukana - chodziło głównie o dokumenty. Teraz zwiadowcy zaczęli rzucać granaty fosforowe, aby spalić chaty. Płonęły szybko, bo były wykonane z bambusa oraz z liści palmowych. Kiedy zwiadowcy prowadzili uwolnionych w stronę plaży, dym i płomienie sięgały już wysoko w niebo. Od chwili oddania pierwszego strzału upłynęły tylko cztery minuty.

Przylądek Oransbari. Mapa akcji zespołów Nellista i Rounsaville'a w rejonie rzeki Wassoenger i wioski Warbiadi. Fotografia 50. Przylądek Oransbari. Mapa akcji zespołów Nellista i Rounsaville'a w rejonie rzeki Wassoenger i wioski Warbiadi.

W gęstwinie dżungli Nellist nie usłyszał ani pierwszego umówionego strzału oddanego przez Rounsaville’a, ani strzelaniny, jaka potem nastąpiła. Szukając japońskich stanowisk, dostrzegł stojącą na palach bambusową chatę z dachem z palmowych liści. Na małą werandkę wchodziło się po drabinie. Nieopodal znajdowały się trzy okopy strzeleckie, przy czym w dwóch stały karabiny maszynowe, ale ani śladu żywej duszy. Nellist czekał niecierpliwie na sygnał od Rounsaville’a. W pewnej chwili z chaty wyszli dwaj japońscy żołnierze, więc Nellist i jego grupa padli na ziemię. Jeden z Japończyków trzymał w ręku koszulę i poszedł w krzaki. Ten drugi zaczął rozpalać ogień i przygotował czajnik z wodą. Cały czas mówił coś do kolegi. Nagle chyba coś usłyszał, bo wstał, wziął broń i poszedł kilka metrów w kierunku, w którym znajdowała się wioska. Powiedział coś do kolegi, ten mu odpowiedział i Japończyk zawrócił. Wtedy pojawili się kolejni żołnierze i wszyscy weszli do lasu, najwyraźniej za potrzebą. Nellist czekał z godzinę na sygnał, aż w końcu zdecydował, że trzeba atakować. On i Cox ze swoim remingtonem podczołgali się do ogniska na odległość kilku metrów. Nellist, jeden z nielicznych wśród zwiadowców właścicieli karabinu Garand, wycelował i strzelił. Uderzenie pocisku przewróciło Japończyka na wznak; wtedy strzelił Cox, a Japończyk padł jakby trafiony cegłą. W tym momencie przypadli do nich Kittleson i Siason. Pobiegli naprzód i ścięli następnych dwóch. Siason dostrzegł, że niezauważony przedtem piąty Japończyk ucieka do dżungli. Pobiegł za nim i znalazł go; okazało się, że to oficer. Trzymał w ręku pistolet, ale był zbyt przerażony, aby wystrzelić. Siason go zastrzelił, pakując w niego trzy pociski. Po chwili do Nellista przybiegł wysłannik od Rounsaville’a, aby z informacją aby nawiązał kontakt z kutrami.
Poranne słońce przedzierało się już przez gałęzie drzew, gdy przybyła procesja złożona z uwolnionych jeńców i zwiadowców. Przygotowywano się do odpłynięcia, gdy nagle Alfonsowi wydało się, że usłyszał w dżungli jakiś hałas. Poszedł sprawdzić, co to takiego. Nagle z zieleni wyskoczył chudy biały człowiek, krzycząc łamaną angielszczyzną, że jest Francuzem z żoną i dziećmi. Bardzo chciał iść z nimi.
Tym sposobem liczba uwolnionych przez zwiadowców zakładników wzrosła o dwanaście osób i wynosiła teraz siedemdziesiąt osiem. Wszyscy oni musieli wsiąść na kutry torpedowe. O siódmej rano kutry czekały niedaleko od brzegu i rozpoczął się transport zakładników. Trwało to długo i było mozolnym zadaniem. W końcu kapitanowie kutrów obrali kurs na Biak i spieszyli do domu, aby w drodze nie zaatakowały ich nieprzyjacielskie samoloty.
Wiadomość o tej misji sprawiła, że nieznani przedtem Zwiadowcy Alamo stali się sławni. Co prawda cała ta akcja była oficjalnie utajniona do lutego 1945 roku, ale wieści o niej przeciekły i 13 października 1944 roku, a więc w niespełna dziesięć dni po zakończeniu zadania, "Jackson Daily News”, lokalna gazeta w rodzinnym mieście Bradshawa w stanie Missisipi, zamieściła artykuł, opatrując go tytułem "Bradshaw zdobywa medal za wyszkolenie zwiadowców działających na terenie Pacyfiku". Napisano w nim, że Bradshaw otrzymał z rąk generała MacArthura Legię Zasługi za akcję na przylądku Oransbari.
Trzy dni później przyjechał Murlin Spencer, korespondent wojenny agencji Associated Press, aby napisać trzyodcinkowy artykuł o dokonaniach zwiadowców. Krueger nie zapomniał, jak zręcznie udało się Nellistowi i Rounsaville’owi uwolnić zakładników z rąk Japończyków, a następnie bezpiecznie ich przetransportować. W styczniu 1945 roku obydwaj zostali wyznaczeni do kolejnego zadania, tym razem na Filipinach, a chodziło o uwolnienie jeńców wojennych z obozu niedaleko miasta Cabanatuan.

Operacja na przylądku Oransbari była ostatnia, jaką przeprowadzili zwiadowcy na terenie Nowej Gwinei podczas drugiej wojny światowej. Od lutego do października 1944 roku przeprowadzili ich w sumie trzydzieści sześć na obszarze od Los Negros na Archipelagu Bismarcka po Sansapor na półwyspie Ptasia Głowa (Yogelkop). Otrzymali w sumie dziewiętnaście Srebrnych Gwiazd, osiemnaście brązowych i cztery Medale Żołnierza. Uratowali pięciuset cywilów, zabili osiemdziesięciu czterech japońskich żołnierzy, a dwudziestu czterech wzięli do niewoli, nie tracąc przy tym ani jednego ze swoich szeregów - chorowali tylko na choroby tropikalne.

Strona: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12