Zwiadowcy Alamo - najlepsza jednostka wywiadowcza na Pacyfiku

Ostatnie operacje, styczeń-lipiec 1945.
Od stycznia do sierpnia, gdy amerykańskie wojska dokonywały desantu na Luzon i gdy Yamashita oraz niedobitki jego armii zostały wyparte w głąb wyspy i broniły się w górach, Zwiadowcy Alamo mieli mnóstwo pracy. Ich zespoły ciągle gdzieś wysyłano, a ich zadania często się pokrywały. Na dodatek utworzono nowe zespoły, jak również niekompletne grupy.
Na przełomie stycznia i lutego walki o Luzon stały się jeszcze bardziej zaciekłe, a szczególnie zawzięte boje toczono o Manilę, ponieważ admirał Sanji Iwabuchi, rzucając wyzwanie rozkazom generała Yamashity, kazał szesnastu tysiącom swoich żołnierzy twardo bronić miasta. Walki w Manili i koło niej trwały od 4 lutego do 4 marca. W gruzach legła znaczna część niegdyś pięknego, oryginalnego miasta, a zwłaszcza otoczona murami dzielnica Intramuros (niegdyś stary hiszpański fort niedaleko od portu), gdzie znajdowały się liczne budynki rządowe. W czasie walk polegli niemal wszyscy żołnierze Iwabuchiego i sto tysięcy Filipińczyków.
Jednak zanim jeszcze rozpoczęły się walki o Manilę, byli tam Zwiadowcy Alamo, aby monitorować ruchy i możliwości obronne wroga.
Dwudziestego drugiego stycznia, trzy dni po namierzeniu przez zespół Nellista miejsca ukrycia wielkich dział broniących drogi do Manili, zespół Woodrowa Hobbsa wylądował na północ od półwyspu Bataan. Miał obserwować szosę numer 5, czyli główną drogę biegnącą wzdłuż wybrzeża, a prowadzącą od miasta Gapan do Manili, jak również okolicę i doliny.
Zespół Hobbsa miał zaledwie dzień przerwy od powrotu z misji polegającej na kontrolowaniu ruchów nieprzyjaciela pomiędzy zatokami San Miguel i Subic, na północnym krańcu półwyspu Bataan. To zadanie było bardzo niebezpieczne, gdyż roiło się tam od Japończyków.
Teraz, a był 23 stycznia, lecieli C-47 w rejon zatoki Lingayen, eskortowani przez cztery myśliwce P-38 Lightning. Stąd samolot łącznikowy miał ich przewieźć na niewielkie lotnisko w mieście Akie, szesnaście kilometrów na południe od Sibul Springs. W Akie powinien na nich czekać kapitan Cabangbang, filipiński oficer z Sojuszniczego Biura Wywiadu, oraz kapitan Santos z dywizji partyzanckiej BMA.
Punkt dowodzenia i radiostację zainstalowano w Akie. Zespół Hobbsa został tam przez dwa dni, następnie Hobbs wraz z Wangrudem i Hidalgiem udali się na północ, do Sibul Springs, a Ray i Phillips na południe, do Angat. Rossa wysłano dwanaście kilometrów na północny wschód od Manili, do Novaliches. Cały czas zwiadowców eskortowali partyzanci. Ze wszystkich tych miejsc zwiadowcy bezustannie dostarczali informacje na temat usytuowania magazynów, ruchów wojsk nieprzyjaciela oraz jego zdolności obronnych. Wojska amerykańskie posuwały się w kierunku Manili, ale najpierw rozpoznanie zawsze przeprowadzali zwiadowcy. Dwunastego lutego misja została zakończona, zespół Hobbsa spotkał się w Novaliches i wraz z armią Stanów Zjednoczonych wkroczył między dymiące ruiny Manili.

Dwudziestego ósmego lutego inna grupa pod dowódctwem Ilety udała się razem na pokładzie Cataliny do prowincji Camarines Norte. Okazało się to najdłuższym zadaniem w całej historii Zwiadowców Alamo - trwało aż siedemdziesiąt dni. Łódź latająca wylądowała na brzegu, gdzie na Iletę czekał już major Bernard L. Anderson, dowódca partyzantów i oficer filipińskich sił powietrznych, od upadku Filipin ukrywający się w dżungli.
Anderson oddał zwiadowcom do dyspozycji dziewięciometrową łódź i już następnego ranka zespół Ilety płynął na wyspę Cabalete. Jednak po drodze nastąpiła zmiana planów - zamiast na Cabalete mieli się udać na wyspę Alabat, do miasta Perez, gdzie czekał na nich dowódca innego oddziału partyzanckiego, kapitan Areta. Zwiadowcy mieli pomóc mu zainstalować radiostację i zaplanować działania jego czterystu ludzi. Po nawiązaniu łączności radiowej ze znajdującą się koło Maubanu grupą Thompsona zwiadowcy śledzili ruchy nieprzyjacielskich wojsk oraz to, co się dzieje na plaży. Dwudziestego szóstego marca zespół czuwał nad zrzutami zrealizowanymi przez dwa C-47, które przywiozły 250 karabinów Springfield kaliber 7,62 mm, 50 pistoletów maszynowych Thompson, amunicję, ryż, sól, mąkę, papierosy, pieniądze i środki medyczne.

8 lutego zespół Littlefielda wyruszył na misję do miasta Malolos. Samolot, którym lecieli, wylądował na pasie naprędce przygotowanym przez miejscową ludność. Zespół Littlefielda jeszcze nie wiedział, że przyjdzie mu pozostać tam sześćdziesiąt osiem dni. Zadanie polegało na założeniu punktów obserwacyjnych i siatki wywiadowczej na terenie położonym wzdłuż szosy numer 5, prowadzącej z Maliny do Malolos.
Według planu Littlefield miał zabrać ze sobą amerykańskiego kapitana, ale odmówił, ponieważ uważał, że ten oficer "lubi zabijać". Na zderzakach swojego dżipa miał przymocowane trzy czaszki Japończyków i Littlefield podejrzewał, że chce on pojechać ze zwiadowcami tylko po to, aby zdobyć więcej takich trofeów.
O świcie zwiadowcy minęli amerykańskie linie, najpierw jednak uprzedzając artylerię, aby nie strzelała. Mniej więcej półtora kilometra od tych linii zobaczyli wiejski dom na polanie, w którym mieszkał stary wieśniak z dwunastoletnią dziewczynką, jak się okazało, swoją wnuczką. W oddali widniała mała wioska. Ani śladu Japończyków i tylko nad głowami słychać było ryk trzech amerykańskich bombowców zrzucających bomby na wioskę.
Gdy samoloty odleciały, Littlefield ze swoją grupą poszli dalej. Wieśniak i jego wnuczka trzęśli się ze strachu z powodu nalotu, ale nic im się nie stało. Littlefield starał się przekonać ich, żeby schronili się albo w dżungli, albo poza amerykańskimi liniami, ale odmówili.
Amerykańska artyleria zaczęła ostrzeliwać również ten teren, Littlefield zdecydował więc, że trzeba "wynosić się stąd jak najprędzej", i wraz ze swoimi ludźmi popędził przez ryżowe pola do miasta. Wielu jego mieszkańców odniosło rany wskutek bombardowań. A Japończyków dalej ani śladu. Na szczęście drogą jechała amerykańska półciężarówka. Littlefield zatrzymał ją machnięciem ręki, po czym załadował na nią najciężej rannych mieszkańców miasta. Wieśniak i jego wnuczka wciąż upierali się, że zostaną. Później Littlefield dowiedział się, że Japończycy wrócili, oskarżyli obydwoje o szpiegostwo i ścięli.
Tymczasem ciężarówka zawiozła rannych do amerykańskiego szpitala na Uniwersytecie Świętego Tomasza. Leżeli tam, dochodząc do zdrowia, ale nadleciały japońskie bombowce i znowu rannych ewakuowano w bezpieczniejsze miejsce. Littlefield ze swoim zespołem wciąż prowadzili zadania rozpoznawcze.
Niemal już pod koniec misji Littlefielda dopadł nagle bardzo ostry atak dyzenterii, a stało się to w chwili najgorszej z możliwych. Otóż Japończycy zaalarmowani obecnością Amerykanów, wyruszyli na ich poszukiwania. Littlefielda tak bolał brzuch, że nie był w stanie nadążyć za swoimi ludźmi, przedzierającymi się przez dżunglę w stronę amerykańskich linii. Co chwila kucał (do trzydziestu razy dziennie), załatwiając się tylko krwią. Zwiadowcy z jego zespołu zwolnili, aby nie zostawiać go w tyle, ale on kazał im iść, nie oglądając się na niego. Rzecz jasna zespół nie chciał słyszeć o pozostawieniu dowódcy czy któregokolwiek z nich z tyłu. W końcu udało im się dotrzeć do amerykańskich linii.

Siedemnastego lutego Herm Chanley miał przeprowadzić działania rozpoznawcze cieśniny Casiguran i stwierdzić, czy będą mogły zawinąć tu okręty 7. Floty. Na brzegu zespół Chanleya nawiązał kontakt ze 103. i 205. oddziałami powstańczymi. Chanley wraz ze swoim zespołem szybko zorientowali się, że pierwszy z tych oddziałów, liczący pięciuset ludzi i dowodzony przez porucznika Ilipio, choć dysponował zaledwie piętnastoma sztukami broni palnej najrozmaitszego rodzaju, jest zwiadowcom bardzo pomocny w realizowaniu ich zadania, podczas gdy na 205. oddziale, pod dowództwem kapitana Bautisty, również liczącym pięciuset ludzi i mającym pięćdziesiąt dwie sztuki broni palnej, zupełnie nie można polegać.
Chanley dowiedział się, że stu japońskich żołnierzy znajdujących się w okolicy Baler z powodu nieustannych ataków partyzanckich przeniosło się w inne miejsce, wobec tego zwiadowcy również musieli zmienić teren prowadzenia rozpoznania. Teraz mieli prowadzić działania rozpoznawcze - wspomagani przez agentów z Sojuszniczego Biura Wywiadu - w prowincji Dinadiawan w rejonie rzeki Dilalongan.
Zespół został podjęty przez niszczyciel 1 marca, a następnego dnia, w towarzystwie czterech oficerów marynarki i dwóch agentów z SBW wylądował na brzegu. Do tej całej grupy doszło jeszcze dziewięciu partyzantów. Cała grupa podzielona została na trzy grupy, które przedzierały się przez dżunglę, chcąc dotrzeć do odległego trzy i pół kilometra od rzeki Dilalongan japońskiego lotniska i sprawdzić, czy jeszcze nadaje się ono do użytku. Na miejscu okazało się, że wszystko porośnięte jest ostrą jak brzytwa trawą, toteż postanowiono szukać dalej. Wkrótce w odległości półtora kilometra znaleziono bardziej odpowiednie miejsce, więc wszyscy wrócili na plażę, skąd zabrała ich barka desantowa.

Generał MacArthur jeszcze przed upadkiem Manili zaczął snuć plany powrotu na Corregidor, wyrastającą z Zatoki Manilskiej skałę w kształcie kijanki. Trzydzieści dwa miesiące wcześniej to miejsce w większym stopniu aniżeli Bataan stało się źródłem jego poniżenia. Stanowiło ranę, której bólu duma generała nie była w stanie znieść.
Jednak był pewien kłopot. Otóż Corregidoru broniło 5670 Japończyków, zarówno żołnierzy, jak i cywilów (tych było 800), przeważnie mężczyzn, którzy uciekli przed walkami toczącymi się na lądzie. Pierwszego uderzenia miały dokonać 1. batalion 503. pułku piechoty spadochronowej wraz z 3. batalionem 34. Dywizji Piechoty, ale najpierw trzeba było zdobyć więcej dokładnych informacji. Do realizacji tego zadania dowództwo 6. Armii wytypowało zespół Sumnera, tymczasowo (Sumner akurat był chory na żółtaczkę) dowodzony przez Johna McGowena.
McGowen z zespołem wsiadł na kuter torpedowy w zatoce Subic i pomknął na wody Zatoki Manilskiej i na Corregidor. Z oddali widać było, że Manila płonie. Po nocnym niebie przesuwały się ogniste smugi, a po zatoce niósł się głuchy grzmot artylerii. Gdy kuter zbliżył się do wyspy, jego radar namierzył echo dwóch japońskich niszczycieli. Kapitan PT oświadczył, że dalej nie popłynie i zwiadowdcy muszą radzić sobie sami. Do brzegów wyspy Corregidor było jeszcze 11 kilometrów i nie było szans, aby bezpiecznie pokonać na pontonach taką odległość. McGowen wściekły, gdyż nie znosił nie kończyć zadania, zebrał swój zespół na naradę. To był pierwszy i ostatni raz, gdy zwiadowcy z własnej woli zawrócili, nie przeprowadziwszy działań rozpoznawczych.

Ósmego lutego zespół Sumnera, nadal dowodzony przez McGowena, znowu był w dżungli. Tym razem zwiadowcy mieli założyć radiostację na wybrzeżu prowincji Zambales, graniczącej na północy z Bataanem. Płynąc dostarczonymi przez miejscową ludność łodziami, wylądowali w Loclocbelete, niedaleko miasta Palauig, kilka kilometrów na północ od lotniska łba. Instalując radiostację w jakimś domu, zwiadowcy obserwowali również teren wzdłuż głównej szosy od Santa Cruz, sprawdzając stan dróg i mostów oraz lotniska łba, na którym ich zdaniem samoloty mogły lądować. Co prawda nie widzieli ani jednego Japończyka, ale partyzanci z Montalli poinformowali ich, że w okolicy są siły nieprzyjacielskie w liczbie tysiąca żołnierzy, operujące głównie w niewielkich grupach kilka kilometrów na wschód od Santa Cruz. Zdaniem partyzantów trzy do sześciu tysięcy japońskich żołnierzy stacjonowało wzdłuż szlaku Capiz ponad trzy kilometry na wschód od Botolanu. Zwiadowcy patrolowali ten teren jeszcze przez tydzień, a potem zostali odwołani przez dowództwo 6. Armii.

Po uwolnieniu jeńców z obozu pod Cabanatuanem ludzie z zespołu Nellista pełnili funkcję osobistej ochrony generała MacArthura i oficerów z jego sztabu na półwyspie Bataan. Dziewiętnastego lutego Nellist wraz ze swoim zespołem wsiadł w zatoce Lingayen na pokład łodzi latającej Mariner i udał się do Magallanes, w południowo-zachodniej części Luzonu. Tam zwiadowcy mieli się skontaktować z partyzantami z oddziału Escudera. Dowództwo 6. Armii było przekonane, że partyzanci po dozbrojeniu mogą się bardzo przydać podczas planowanej na marzec inwazji na Legazpi, i dlatego grupa Nellista dostarczonymi jej przez miejscową ludność łodziami popłynęła do miasta Casiguran. Jednak od początku prześladował ją pech. Już w czasie załadunku na łódkę generator potrzebny do zasilania radiostacji wypadł za burtę i poszedł na dno.
Nie mając łączności, Nellist poprowadził swój zespół w kierunku San Juan, do kwatery głównej Escudera, i tam poprosił o możliwość skorzystania z radia partyzantów, aby zamówić zrzut generatora. Escudero zgodził się, pod warunkiem że samolot przywiezie również amunicję dla jego oddziału. Gdy Nellist miał już nowy generator oraz amunicję dla partyzantów, powiadomił Escudera, aby czekał na niego koło wioski Bulan, po czym połączyliby się z innym oddziałem partyzanckim, Lapusa. Jednak Nellist nie wiedział, że Escudero i Lapus się nie znoszą.
Zwiadowcy przybyli do Bulanu 23 lutego i zaraz przeprowadzili rozpoznanie terenu. Znaleźli jednego japońskiego żołnierza i kilku tajwańskich robotników przymusowych. Zainteresowali się też dnem morskim oraz plażą. Sześć dni później do obozu zwiadowców przybyli Escudero z dwustu ludźmi oraz Lapus z sześćdziesięcioma partyzantami; od razu dała się wyczuć atmosfera wrogości panująca między tymi dwoma mężczyznami. Nellist postanowił odegrać rolę mediatora. Nawet nie mogło być mowy o tym, aby Escudero zgodził się służyć pod rozkazami Lapusa bądź na odwrót, ale obaj obiecali słuchać rozkazów Nellista. W ten sposób do konfrontacji nie doszło.
Dziewiątego marca Nellist stał się dowódcą wszystkich partyzantów w okolicy, to znaczy około tysiąca ludzi. Władza Nellista była wątpliwa; partyzanci należeli do rozmaitych oddziałów i nie znosili się nawzajem. Chcąc ich od siebie odseparować, Nellist wymyślił, żeby każdy działał we własnym sektorze. Wszystkie oddziały otrzymały radia i mogły porozumiewać się za pośrednictwem partyzanckiej siatki łączności radiowej, która funkcjonowała na Luzonie. Ponieważ jednak partyzanci nie byli wyszkolonymi żołnierzami, którym można by powierzyć przeprowadzenie jakiegoś ważnego ataku, Nellist kazał im strzelać do wroga z ukrycia oraz napadać na jego patrole i placówki. Partyzanci wywiązywali się z tych zadań wybornie, a Japończycy wycofali się na tak zwany Mały Bataan, szesnaście kilometrów na zachód od Legazpi.
Nellist wciąż nadzorował całość, wprowadzając wojskowe zasady i tak bardzo potrzebną w tym wypadku dyscyplinę. Jeden oddział, dowodzony przez Orubia, wycofał się z linii obrony i przyszedł do Nellista, aby poinformować go, że jego członkowie wracają do domów, bo muszą odpocząć. Na coś takiego Nellist nie mógł pozwolić, bo zaraz inni poszliby w ich ślady. Wobec tego ustawił mężczyzn w szeregu, zabrał im broń i powiedział, że teraz mogą sobie iść, ale nie mają po co wracać, a ich broń rozdał innym.
Szczególnych kłopotów przysparzał partyzancki dowódca imieniem Zabat, który w swoim sektorze stosował przemoc, często uciekając się nawet do grabieży i morderstw. Nałożył na ludność (na wszystkich, którzy zbierali jakieś plony, oraz na posiadaczy ziemskich) wysokie dwudziestoprocentowe podatki. Nellist rozkazał mu zaprzestać tych działań i poskutkowało - ale na krótko. Potem znowu się zaczęło. Teraz doszły jeszcze nowe podatki od walk kogutów, domów gry i występów kabaretowych. Nellist znowu kazał mu przestać i zagroził, że odetnie go od dostaw amerykańskiej broni oraz amunicji. To pomogło, a równocześnie Nellist zdał sobie sprawę, że dopiero za pomocą takiej groźby można utrzymać partyzantów w ryzach.
Nellist zorganizował także siatkę szpiegowską złożoną z cywilów. Szybko zorientował się, że najlepszymi agentami są starsze filipińskie kobiety, które mogą chodzić od wsi do wsi, sprzedając jajka, kurczęta oraz inne produkty, a przy tym wypatrując, gdzie wróg magazynuje paliwo, amunicję artyleryjską itp. W Legazpi kobiety wypatrzyły, że najważniejsze japońskie instalacje mieszczą się w budynkach krytych czerwoną dachówką, a jedna z kobiet odkryła tunele służące za składy amunicji. W sumie znalazły tyle ważnych obiektów, że dowództwo 6. Armii po prostu zdecydowało o dokonaniu zmasowanego bombardowania całego tego obszaru. Datę inwazji na Legazpi wyznaczono na 1 marca, a Nellist na dwa tygodnie przedtem pozostawał w ścisłym kontakcie z dowództwem, wysyłając codzienne raporty na temat ruchów nieprzyjaciela. Po inwazji Nellist wraz ze swoim zespołem dołączyli do armii i już wspólnie koordynowali działania partyzantów.

Tymczasem Tom Rounsaville, już po akcjach w Cabanatuanie i Los Baños, założył w dzielnicy miasta Pila punkt dowodzenia, którego zadaniem było obserwowanie ruchu wojsk nieprzyjacielskich nad jeziorem Laguna de Bay.
Między 2 a 25 marca Rounsaville’owi udało się zainstalować sieć stacji radiowych łączących Pilę, Mount Atimba, Nagcarlan, Dyapp i Tayabas. To pozwalało na koordynowanie działań partyzanckich z 7. pułkiem kawalerii. Nellist sprawował kontrolę nad tą siatką aż do 6 kwietnia, kiedy to przekazał ją 1. Dywizji Kawalerii i Zwiadowcy Alamo wyjechali.

Littlefield pozostał w Pili, mieście znajdującym się w rękach tysiącosobowej grupy partyzanckiej. Jej członkowie należeli do pięciu odrębnych oddziałów, w tym do 48. szwadronu, złożonego wyłącznie z komunistów Hukbalahap. Zespół Littlefielda dobrze się czuł w Pili. Mieszkańcy okazywali mu wielką gościnność i udostępnili obszerny, nowoczesny dom, w którym zwiadowcy mieszkali. Była tam nawet lodówka z kostkarką do lodu, elektryczność i bidet, a posiłki przygotowywali tubylcy.
Jedyny kłopot mieli z elektrycznością. Wytwarzała ją elektrownia odległa o piętnaście czy dwadzieścia kilometrów, ale gdy przybyli Japończycy, odcięli dostawę prądu do miasta. Kiedy z kolei partyzanci zajęli ten teren, to odcięli prąd Japończykom. Tak więc kontrola nad elektrownią przechodziła z rąk do rąk, ale nikt nie zniszczył zakładu.
Wkrótce partyzanci zajęli stolicę prowincji San Fernando, a wtedy przeniósł się tu Littlefield ze swoim zespołem. Zaraz też zorganizowali zrzuty dla Filipińczyków, głównie broni oraz amunicji. Kiedyś samolot zrzucił bazooki, których partyzanci jeszcze nigdy w życiu nie widzieli. Następnego dnia partyzanci przyszli do Littlefielda, prosząc o więcej bazook oraz rakiet do nich. Zwiadowca zdziwił się, o co chodzi i komu trzeba tyle rakiet, poszedł więc z partyzantami zbadać dokładnie całą sprawę.
To była ciężka droga, przechodzili przez powalone drzewa pełniące rolę zapór oraz przez pola ryżowe. Kiedy w końcu doszli do linii walk, Littlefield znalazł jakieś wzniesienie terenu i rozkazał dowódcy partyzantów iść ze sobą. Alfredo Amdavid (przybrał takie nazwisko, aby chronić swoją rodzinę w Manili) był zdenerwowany. W tym momencie zaświstał japoński pocisk i obydwaj mężczyźni pędem zbiegli po zboczu i schowali się w okopach. Przesiedzieli tam czas jakiś, a gdy wyszli, zobaczyli, że o jakieś sto metrów od nich wyskoczył skądś japoński żołnierz i zaczął uciekać. Nagle rozległ się świst - to partyzanci wystrzelili z bazooki. Okazało się, że strzelają z niej do ludzi. Littlefield położył kres tej praktyce.

Kiedy Littlefield i Nellist współpracowali z partyzantami w rejonie jeziora Laguna de Bay, George Thompson wraz ze swoim zespołem 9 marca popłynął łodzią do Santa Lucia. Po założeniu posterunku dowodzenia w mieście zwiadowcy przenieśli się bardziej w głąb lądu, do Maubanu, i odkryli, że jest tam około dwustu Japończyków. Zawiadomili dowództwo i poprosili o zrzut; chodziło przede wszystkim o broń i amunicję dla oddziału partyzanckiego Vera na południu Luzonu. Przy pomocy partyzantów Thompson zorganizował z miejscowej ludności siatkę zbierającą przydatne dla wywiadu informacje oraz blokującą drogi w celu uniemożliwienia pojazdom nieprzyjacielskim przemieszczania się.

Przez wiele tygodni wywiad 6. Armii starał się dowiedzieć, co się dzieje z admirałem Nobutake Kondo i generałem Rikichim Tsukadą, którzy wspólnie dowodzili japońskimi działaniami w górach Zambales. Tsukada dowodził wojskami z Fortu Stotsenburg, a Kondo, który w 1942 roku dowodził akcją na Aleutach, kierował siłami morskimi oraz powietrznymi z bazy w San Marcelino.
Kiedy Amerykanie postanowili odbić bazy lotnicze Clark Field i Stotsenburg ich plan zakładał atak zza gór Zambales. Dzięki temu liczyli, że wyprą oni japonczyków ukrywających się w tych górach. Wywiad miał natomiast podejrzenia, że w tych górach znalazł schornienie generał Tsukada i admirał Kondo. Ich złapanie mogło wpłynąć na morale Japończyków i być impulsem do poddania się.
Oddział Sumnera wyruszł w misję 28 marca i przez kilka kolejnych tygodni spędzili na przeczesywaniu gór, przepytując zarówno branych do niewoli Japończyków, jak i miejscową ludność. Z tego czego się dowiedzieli, wynikało, że są na tropie i "zwierzyna łowna" wyprzedza ich zaledwie o kilka dni drogi. Trzydziestego kwietnia nad rzeką Bucao w regionie Botolanu zwiadowcy wdali się w zaciekłą strzelaninę z pięcioma Japończykami; skończyło się na tym, że czterej zostali zabici lub uciekli, a jeden wzięty do niewoli. Jeniec powiedział Sumnerowi (za pośrednictwem tłumacza), że admirał Kondo został zabity przez swoich zbuntowanych oficerów. Jednak okazało się, że to nieprawda. Dwa dni później Sumner dowiedział się od jednego z tubylców, że nieco dalej, w wiosce Pinatubo, przebywa kilku chorych i głodujących Japończyków. Zwiadowcy ostrożnie z bronią przygotowaną do strzału weszli do wsi. Cała wioska składała się z czterech bambusowych chat krytych palmowymi liśćmi, a w środku każdej z nich leżały rozkładające się trupy siedmiu do dziesięciu japońskich żołnierzy, nad którymi kłębiły się całe chmary much. Jednak żaden ze zmarłych nie był poszukiwanym admirałem czy generałem.
Drugi maja zastał zwiadowców patrolujących wioskę Paluig. Nagle zobaczyli nadchodzącą grupę osiemnastu Japończyków, więc Sumner rozkazał przygotować zasadzkę. Kiedy Japończycy podeszli bliżej, zwiadowcy ostrzelali ich i w efekcie zabili piętnastu, a trzech wzięli do niewoli.
Od chwili gdy Japończycy dowiedzieli się z ulotek, że nie będą zabijani, ale brani do niewoli, rozwiązywały się im języki. I teraz Sumner dowiedział się, że poszukiwani oficerowie poszli na północ, wzdłuż wybrzeża, do Baguio, gdzie mieli się spotkać z wojskami Yamashity. Z kolejnym patrolem, który spotkali tego dnia, idąc z Masinloc do Santa Cruz, również wdali się w strzelaninę. Ośmiu Japończyków zginęło, a zwiadowcy znaleźli przy nich wiele dokumentów oraz mapy.
Potem 7 maja podczas rutynowego kontaktu radiowego Sumner otrzymał wiadomość o kapitulacji Niemiec w Europie, ale na zwiadowcach przebywających w głębi dżungli, wciąż zaangażowanych w tę wojnę, z tym, że na drugim krańcu świata, te wieści nie wywarły specjalnego wrażenia.
Im dłużej trwał pościg za dwoma Japończykami, tym bardziej wydawał się Sumnerowi bezsensowny. Ciągle napotykali małe grupki nieprzyjacielskich żołnierzy, konających bądź to z głodu, bądź z chorób, albo już zmarłych wcześniej. W końcu Sumner poinformował dowództwo, że nie widzi szans schwytania japońskiego generała oraz admirała, i otrzymał rozkaz powrotu.
Jednak ta misja nie była całkiem bezsensowna, udało się bowiem Sumnerowi zaopatrzyć w broń i amunicję wiele partyzanckich oddziałów, w tym dowodzony przez Manuela Roxasa, który później, w 1946 roku, został pierwszym prezydentem niepodległej Republiki Filipin.

Co prawda Sumnerowi nie udało się schwytać generała Tsukady i admirała Kondo , jednak to niepowodzenie nie stłumiło podekscytowania, jakie ogarniało generała Kruegera na myśl, że ci dwaj wysocy rangą japońscy dowódcy mogliby się stać jeńcami wojennymi.
Generał Yamashita przez cztery miesiące wiązał amerykańskie siły na północy Luzonu, czyli mniej więcej tyle samo czasu, ile trzy lata wcześniej Amerykanie bronili Bataanu. Dolina Cagayan, której Tygrys Malajów tak uparcie bronił, stanowiła główne źródło, z którego pochodziły dostawy żywności dla całej wyspy, oraz praktycznie jedyną drogę, którą Amerykanie mogli dostać się w jej głąb. Od wschodu wyspę osłaniały góry Sierra Madre, na zachodzie - centralne pasmo Kordylierów Filipińskich, od południa zaś Palai, masyw Carabello i góry Mamparang. Jednym słowem ze strategicznego punktu widzenia położenie tej doliny było doskonałe.
Trzynastego maja Amerykanie wreszcie przerwali japońską linię obrony pod Balete i pomaszerowali na północ, ale Zwiadowcy Alamo byli tam przed nimi. Między 30 kwietnia a 30 czerwca, gdy 6. Armia zaprzestała działań na Luzonie, zwiadowcy przeprowadzili dwadzieścia akcji rozpoznawczych.
Pierwsza przypadła zespołowi Toma Rounsaville’a. Miał znaleźć i schwytać generała Yamashitę. Chodziły słuchy, że Yamashitę widziano gdzieś w okolicy Tuao, toteż Rounsaville przesłuchał dwóch japońskich jeńców, którzy powiedzieli mu, że kwatera główna generała mieści się w Bayombongu, ale wyprawa tam i pokazywanie zdjęć generała miejscowej ludności nie przyniosły żadnych efektów. W końcu Amerykanin, który uciekł z japońskiej niewoli oświadczył, że Yamashita ukrywa się w jaskini w Madupapie i chroni go około trzech tysięcy żołnierzy.
Zwiadowcy poszli do Madupapy, ale tam aż się roiło od Japończyków. Zobaczyli, jak sześciu z nich niesie jakiegoś wysokiego rangą oficera w lektyce. Jednak to nie był Yamashita.
Kolejną wyprawę zorganizowali do Calapanganu na zachodnim brzegu rzeki Cayagan. Partyzant, któremu udało się uciec od Japończyków, powiedział zwiadowcom, że widział Yamashitę, jak jechał jakimś zwykłym, nie wojskowym samochodem. Jednak od tamtej pory generał już się przeniósł do Tuguegarao i stamtąd odleciał do Japonii. Ta pogłoska okazała się prawdziwa i zespół Rounsaville’a wrócił do bazy.
Podczas prowadzenia rozpoznania Rounsaville stwierdził, że w regionie Aparri, na południe od rzeki Paret, przebywa około dziewięciu tysięcy Japończyków, a największa koncentracja nieprzyjacielskich wojsk ma miejsce pomiędzy Lallo i Gattaranem. Trzy tysiące są też w Tuguegarao, trzy do czterech tysięcy w Aparri i Buguey i czterystu do sześciuset nad rzeką Paret. Zwiadowcy oznaczyli też usytuowanie nieprzyjacielskich pozycji obronnych i uratowali dwóch zestrzelonych pilotów, ale obydwaj byli bardzo chorzy i nawet natychmiastowy zrzut leków i dożylne podanie glukozy nie zdołały ocalić im życia. Wobec tego pochowano obu mężczyzn i oznakowano ich groby, a rzeczy osobiste po powrocie oddano kapelanowi ich jednostki.

Nie wszyscy Zwiadowcy Alamo spędzili kwiecień i maj na próbach schwytania japońskich generałów. Bill Littlefield wraz ze swoim zespołem 18 kwietnia opuścił Guinayangan i udał się łodziami, w których za wiosłami siedzieli Filipińczycy, do Mantubigu w prowincji Camarines Sur, na południowym krańcu Luzonu. Mieli za zadanie wybrać teren, na którym mógłby wylądować batalion 1. Dywizji Kawalerii.
To była długa podróż, trwająca dwa dni, z czterema przystankami na jedzenie i napicie się świeżej wody oraz zmianą co trzydzieści parę kilometrów wioślarzy - byli nimi mężczyźni z mijanych wiosek. Gdy w końcu przybyli do Camarines Sur, miejscowa ludność powiedziała zwiadowcom, że Japończyków już tam nie ma, wynieśli się. Amerykanie szukając najodpowiedniejszego miejsca na desant, rozglądali się po okolicy i byli zadowoleni z tego, co widzieli. Littlefield zaraz przekazał przez radio wszystkie informacje oraz współrzędne, po czym usiedli i czekali.
Akurat tego samego dnia we wsi był ślub i zwiadowcy otrzymali pozwolenie na uczestniczenie w zabawie, więc poszli i zostali poczęstowani ryżem i suszonymi na słońcu rybami. A potem tubylcy wyprawili przyjęcie już wyłącznie na cześć zwiadowców i Littlefield postanowił zrobić kawał tym z desantu. Nocą, gdy do brzegu dobiły łodzie Higginsa, opadły rampy i na brzeg wyszli Amerykanie z bronią gotową do strzału, powitała ich grupa dzieci, trzymających wymalowane plakaty z napisem: "Littlefield burmistrzem".

Był koniec marca, gdy zespół Jacka Dove’a opuścił zatokę Lingayen i wylądował w rejonie miasta Labayat. Miał za zadanie obserwować ruch oddziałów wroga wzdłuż szosy Labayat-Famy i zobaczyć obrane przez nie drogi ucieczki. Podczas przeprowadzania tego rozpoznania zwiadowcy mieli też zwalczać siły nieprzyjaciela (bardzo rzadki rozkaz w odniesieniu do Zwiadowców Alamo). Powinni także udać się na maleńką wyspę Fuga i zabrać z niej dwóch zestrzelonych lotników. Okazało się, że oni nie żyją, Japończycy ćwiczyli na nich pchnięcia bagnetem. Rozwścieczeni zwiadowcy zaskoczyli grupę Japończyków i po krótkiej, zaciekłej wymianie ognia kilku zabili.
Dwudziestego trzeciego kwietnia prowadząc działania rozpoznawcze wzdłuż rzeki Umiray, niedaleko od wioski Blate, zespół Dove’a oraz towarzyszący mu partyzanci wdali się w sześciogodzinną walkę z liczącym dwustu żołnierzy japońskim oddziałem. O dziwo nie zginął żaden zwiadowca ani partyzant, a wróg wycofał się ku północy. Posuwając się dalej w stronę miasta Maroraqui, zwiadowcy natknęli się na grupę pięćdziesięciu japońskich żołnierzy, z których trzech zginęło w walce, jaka się wywiązała, pozostali zaś wycofali się na południowy wschód. Następnego dnia Dove i jego ludzie natknęli się na tę samą grupę Japończyków, z którą walczyli czterdzieści osiem godzin wcześniej. Teraz rozgorzała czterogodzinna walka, której efektem było czterech zabitych Japończyków, a jeden wzięty do niewoli. Takie potyczki musieli staczać co i raz przez dwa tygodnie, a ich skutek to osiemnastu zabitych Japończyków i trzech jeńców.

Pierwszego lipca 1945 roku 6. Armia przekazała kontrolę nad operacjami na Luzonie 8. Armii i zajęła się następnymi wielkimi planami - inwazji na Japonię. Od stycznia, czyli od chwili wylądowania na Luzonie, 6. Armia pokonała operujące na zachodzie i południu wyspy grupy Shimbu i Kembu, a grupę Shobu dowodzoną przez generała Yamashitę zmusiła do wycofania się w górskie tereny w północno-wschodnim rogu Luzonu. W trakcie walk zginęło w sumie 214 000 japońskich żołnierzy.
Zwiadowcy Alamo przeprowadzili na Luzonie czterdzieści trzy misje polegające na działaniach rozpoznawczych. Pomogli uratować ponad pięciuset jeńców wojennych i koordynowali działania partyzantów na całej wyspie. Co prawda jeszcze się o tym nie dowiedzieli, ale wojna już się skończyła. Kilka zespołów zwiadowców, które musiały dokończyć swoje zadania, przeszło pod dowództwo 8. Armii. Jej głównodowodzący, generał Robert Eichelberger, zmienił nazwę - teraz nie nazywali się już Zwiadowcami Alamo, ale Zwiadowcami Octagon, bo właśnie tak brzmiał kryptonim 8. Armii. Generał Krueger dowiedziawszy się o tym, zadzwonił do Eichelbergera i zrobił mu wielką awanturę. Eichelberger wycofał się ze swojego pomysłu. Utworzona przez Kruegera jednostka znowu nazywała się Zwiadowcami Alamo.
W czasie tych ostatnich zadań na Luzonie zespół Vickery’ego (dawniej Sumnera) ustawiał blokady na drodze prowadzącej na północ od Aparri i współpracował z partyzantami. Trwało to do 7 lipca, gdy zwiadowcy otrzymali rozkaz powrotu.

Ostatnie trzy zadania, których wykonanie zlecono Zwiadowcom Alamo, przypadły Jackowi Dove’owi.
Szesnastego lipca wraz ze swoim zespołem Dove wsiadł na pokład kutra torpedowego należącego do 28. eskadry i udał się wyspę Ibahos, ostatnią w łańcuchu Filipin i położoną najbliżej Formozy . Przybyli na miejsce po południu. Zadaniem zespołu było przeprowadzenie działań rozpoznawczych na wyspach Ibahos, Sabtang i Batan oraz zorientowanie się, czy jest tam jakieś miejsce nadające się na pas startowy dla samolotów. Najwyższe dowództwo amerykańskich sił zbrojnych ciągle rozważało zaatakowanie Formozy.
Niestety sztorm uniemożliwił przeprowadzenie rozpoznania, ale Dove spotkał trzech cywilów, od których dowiedział się, że na Ibahos nie ma Japończyków, a na Sabtangu i Batanie są stada liczące tysiąc sztuk bydła, które Japończycy trzymają w celu zapewnienia sobie żywności. Na Sabtangu było podobno dwudziestu trzech Japończyków, którzy sprawdzali, dokąd i w jakim celu jeździli mieszkańcy, oraz kontrolowali dostawy płodów rolnych z okolicznych wysp. Zespół Dove’a wysiadł na Ibahos i przeprowadził szybki rekonesans. Gdy trzeba było odpływać, morze było tak wzburzone, że Dove zawiadomił kuter, aby czekał na nich z innej strony wyspy. Zwiadowcy musieli taszczyć pontony kawał drogi przez całą wyspę.
Sześć dni później wrócili w tamte strony, tyle że tym razem na wyspę Batan. Musieli zebrać więcej informacji o znajdującym się tam japońskim garnizonie. Zwiadowcy skontaktowali się z jednym z agentów z ludności cywilnej i dowiedzieli się od niego, że stacjonujący na wyspie japońscy żołnierze należą do 61. Cesarskiej Brygady Moździerzowej, którą dowodzi generał Hikotaro Tajima, sprawujący także dowództwo nad wszystkimi japońskimi siłami znajdującymi się na wyspach Batanes oraz Babuyan. W czasie rekonesansu na wyspie zwiadowcy odkryli miejsca usytuowania japońskich stanowisk obronnych - 27 haubic kaliber 75 milimetrów oraz dwie kaliber 47 milimetrów .

Ostatnie zadanie wypadło 28 lipca. Zespół Dove’a został wtedy wysłany na wyspę Fuga, aby oszacować siły nieprzyjaciela. Zwiadowcy przybili do brzegu wyspy od północnej strony o trzeciej nad ranem i skontaktowali się z miejscowym rybakiem, który pokazał im, gdzie śpi dwóch japońskich żołnierzy. Akcja była błyskawiczna i już jeden z Japończyków był jeńcem w rękach zwiadowców. Od niego, jak również od miejscowej ludności Amerykanie dowiedzieli się, że siły nieprzyjaciela to 550-600 ludzi plus trzy haubice kaliber 75 milimetrów, ale wielu Japończyków cierpi na dyzenterię, malarię i jest niedożywionych.
Z kolei z wyspy Fuga zespół Dove’a zabrał trzydziestu dziewięciu cywilów, w tym również rodzinę Alfonsa Sycipa, prezesa filipińskiego oddziału Bank of China. Sycip schronił się na Fudze w 1942 roku, myśląc, że tu będzie bezpieczniej aniżeli w Manili. Tymczasem schwytali ich Japończycy, przetrzymywali i teraz rodzina Sycipów niemal umierała z głodu. Powrót zespołu Dove’a do Claverii 30 lipca zakończył działalność Zwiadowców Alamo w czasie drugiej wojny światowej.

Pierwsze pokojowe zadanie Zwiadowców Alamo zaczęło się 14 września, kiedy to zespół dowodzony przez porucznika George’a Derra wsiadł na okręt w Manili, a na pokładzie znajdował się już generał Krueger i jego sztab. Okręt płynął do Japonii, ale po drodze zatrzymał się na Okinawie, aby zabrać generała Stillwella, zwanego "Octowym Joe" z dowództwa 10. Armii. 19 września okręt wpłynął do portu w Wakayamie, a Krueger natychmiast ustanowił tam dowództwo 6. Armii. Następnego dnia obserwował przybycie 5. Dywizji Piechoty Morskiej oraz oddanie Amerykanom bazy sił morskich w Sasebo.
Dwudziestego czwartego września Krueger ze swoim sztabem i zespół Derra popłynęli do Nagasaki, aby zobaczyć zniszczenia i to, co pozostało z miasta. Sierżant Clinton Tucker z zespołu Derra wspominał, że widział stalowe belki skręcone w strasznej temperaturze oraz fundamenty domów, które zostały kompletnie zmiecione z powierzchni ziemi. Epicentrum wybuchu miało kształt spodka, a jego brzegi znajdowały się daleko poza miastem, koło znajdujących się tam wzgórz, gdzie spłonęły tysiące drzew, a jeszcze więcej leżało ściętych.
Krueger zatrzymał się, aby zobaczyć zakład produkujący torpedy, a właściwie to, co z niego zostało. Wszystkie części metalowe oraz maszyny stopiły się i spłynęły w postaci wielkich kropli, a następnie zastygły i stwardniały.
Kilku spotkanych mieszkańców zachowywało się dziwnie, jakby byli pod wpływem narkotyku albo dopiero co ocknęli się z koszmarnego snu. Zorganizowane naprędce prowizoryczne szpitale były przepełnione ponad miarę, niektóre ofiary były potwornie poparzone, a najciężej rannych przewieziono na amerykańskie okręty szpitalne. Opuściwszy ten zdewastowany krajobraz, który niegdyś był miastem Nagasaki, Krueger i jego sztab przybyli 28 września do Kioto. Tam generał zainstalował w jednym z rządowych budynków swoją kwaterę główną, a na mieszkanie wybrał dla siebie oraz dla swoich ludzi położony poza miastem hotel Miyako.

Podczas gdy Derr z zespołem ochraniali Kruegera, ośmiu zwiadowców z zespołów Adkinsa i Grimesa dwoma dżipami udało się na poszukiwania japońskich składów broni. Japończykom kazano zebrać posiadaną broń i złożyć w widocznych miejscach, po czym grupy żołnierzy z piechoty miały przejść i pod nadzorem zwiadowców zniszczyć tę broń, zazwyczaj układając ją i przecinając na pół acetylenowymi palnikami.
Zespół Adkinsa, a przede wszystkim sierżant William E. McCommons, został również wyznaczony do oględzin ponad pięciu tysięcy mieczy samurajskich i wybrania najpiękniejszych, aby podarować je Kruegerowi i wojskowym najwyższej rangi z jego sztabu. McCommons zażądał pomocy japońskiego generała, wraz z którym wybrał sześć najpiękniejszych i najlepszej jakości mieczy. Przekazano je do dowództwa 6. Armii. Następnie kazał generałowi wybrać kolejnych sześć mieczy, ale te zatrzymał dla siebie.

Doświadczenie Zwiadowców Alamo było tak cenne, że po zakończeniu wojny Departament Obrony przeprowadził z nimi wywiady, stosowane przez nich techniki oraz szkolenie, jakie odebrali, zostały opisane w nowych podręcznikach na temat desantu morskiego, zwłaszcza jeśli chodzi o metody przeprowadzania zwiadu i patrolowania, operacje komandoskie i partyzanckie oraz zbieranie przydatnych dla wywiadu informacji. Wnioski płynące z tych zdobytych osobiście doświadczeń były pomocne w szkoleniu oficerów w West Point oraz w Szkole Piechoty w Fort Benning czy w innych uczelniach wojskowych. O ile jednak armia wychwalała działalność i umiejętności Zwiadowców Alamo, czego nie robiła wobec takich elitarnych jednostek specjalnych jak Diabelska Brygada czy Maruderzy Merrilla , o tyle jednak dopiero w 1988 roku, a więc gdy Zwiadowcy Alamo byli już na emeryturze, otrzymali oni prawo noszenia na ramieniu munduru dystynkcji sił specjalnych. Uznano ich za pierwszą w amerykańskiej armii Jednostkę Rozpoznania Dalekiego Zasięgu, podlegającą Centrum oraz Ośrodkowi Szkoleniowemu Wojskowych Działań Specjalnych im. Johna F. Kennedy’ego mieszczącym się w Fort Bragg w Północnej Karolinie.
Trzynastego marca 2008 roku w Narodowym Muzeum Wojny na Pacyfiku w Fredericksburgu odsłonięta została w obecności około pięćdziesięciu osób, przeważnie rodzin zwiadowców, tablica upamiętniająca czyny Zwiadowców Alamo. Z ich grona obecnych było tylko czterech panów w mocno już podeszłym wieku, a mianowicie: Terry Santos, Bob Buschur, Jack Geiger i dowódca jednego z zespołów William Barnes.
Powodem tak spóźnionego uznania i uhonorowania zasług zwiadowców było to, że aż do końca lat osiemdziesiątych XX wieku wszystko, co dotyczyło Zwiadowców Alamo, było uznane za tajne. Oni sami, po rozwiązaniu jednostki, otrzymali rozkaz powrotu do domów, rozpoczęcia zwykłego życia i nie piśnięcia nawet słówka na temat tego, co robili podczas wojny.
Nigdy nie wyjaśniono, dlaczego wszystkie ich zadania uznane zostały za tajne, ale tak nagłe rozwiązanie jednostki, bez jakichkolwiek aktów uznania czy choćby krótkiego "dobra robota" pozostawiło u wielu zwiadowców uczucie goryczy.

Epilog.
Jednostkę o nazwie "Zwiadowcy Alamo" rozwiązano oficjalnie w listopadzie 1945 roku w Kioto, w Japonii, a więc niemal dwa lata po tym, jak generał Krueger wyznaczył pułkownika Fredericka Bradshawa na organizatora i szkoleniowca tej elitarnej formacji.
Teraz wojna się skończyła, co dla wielu oznaczało powrót do domu i do rodzin oraz próbę podjęcia życia od punktu, w którym wyjechali na wojnę. Byli jednak i tacy, którzy tak bardzo zżyli się przez te lata z armią, że wybrali karierę wojskową.

Generał Walter Krueger w 1946 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w San Antonio, gdzie kupił swój pierwszy dom. Tam też napisał książkę noszącą tytuł "From Down Under to Nippon: The Story of the 6th Army In World War II" ("Od Australii do Japonii: Historia 6. Armii w czasie II wojny światowej"), która ukazała się w 1953 roku. Jednak życie generała było bardzo dalekie od rozkoszowania się spokojem emeryta. W 1947 roku jego syna Jamesa wyrzucono z armii za zachowanie niegodne oficera, a w 1952 roku córkę generała, Grace, skazano za zamordowanie swojego męża (również oficera) podczas snu. Była sądzona przez sąd wojskowy i została skazana na dożywocie i ciężkie roboty. W 1955 roku wyszła z więzienia, gdy Sąd Najwyższy orzekł, że sądy wojskowe nie mogą sądzić cywilów. W 1962 roku w San Antonio powstała Krueger Middle School. Generał zaś zmarł 20 sierpnia 1967 roku w wieku osiemdziesięciu sześciu lat w Valley Forge, w Pensylwanii i został pochowany na cmentarzu w Arlington.

Pułkownik Frederick Bradshaw miał nadzieję, że wróci do swojego ukochanego Jackson w stanie Missisipi, znowu zacznie pracować jako prawnik i, być może, będzie kandydować na jakiś urząd państwowy. Jednak te marzenia brutalnie przeciął w 1946 roku rozległy zawał serca, którego pułkownik nie przeżył.

Zastępca Bradshawa i zarazem jego następca na stanowisku dowódcy Zwiadowców Alamo, Homer Williams, w 1950 roku przeszedł na wojskową emeryturę. W 1993 roku zginął w wypadku samochodowym.

Robert "Rudy" Sumner pozostał w armii. Nigdy nawet nie rozważał, że mógłby robić coś innego. Będąc w Tokio z 6. Armią, wybrał się na „randkę w ciemno” i spotkał Dorothy, pielęgniarkę pracującą w wojskowym szpitalu. Po tej pierwszej randce Dorothy zwierzyła się przyjaciółkom, że nie chce się już z nim więcej spotykać, bo jest on „zbyt zarozumiały na punkcie »co to nie on«” A jednak w 1947 roku w Fort Bragg odbył się ich ślub. Urodziło im się pięcioro dzieci. Sumner dokończył też studia (przerwane przez wojnę) w college’u, zdobywając licencjat.
Zawsze aktywny i lubiący zajęcia na świeżym powietrzu Sumner nie znosił gry w golfa, mówiąc, że to zajęcie "dla staruszków". W 1980 roku aktywnie działał na rzecz powstania Stowarzyszenia Zwiadowców Alamo i przez wiele lat był jego dyrektorem. Dzięki niemu stowarzyszenie liczyło sześćdziesięciu członków. Sumner zmarł w domu w Tampa na Florydzie 3 sierpnia 2004 roku.

John McGowen, który jako pierwszy wyruszył ze swoim zespołem na misję przeprowadzenia rozpoznania, weteran wśród zwiadowców, opuścił armię w listopadzie 1945 roku. Przez rok pracował na plantacji bananów w Panamie i Kostaryce i przez rok był profesorem ekonomii na Texas Christian University. Przez kolejnych trzydzieści lat pracował dla amerykańskiej firmy naftowej, spędzając wiele czasu w Arabii Saudyjskiej i na Bliskim Wschodzie. McGowen ożenił się zaraz po wojnie, ale jego żona zmarła, zostawiając go z dwójką dzieci. W 1977 roku spotkał na Krecie swoją obecną żonę, Christine, Angielkę i dwa lata później wzięli ślub. Mieszkali w Anglii.
McGowen nie utrzymywał kontaktów ze swoimi towarzyszami z czasów wojny aż do 1980 roku, kiedy to po raz pierwszy pojechał na spotkanie. John McGowen zmarł 31 października 1991 roku i został pochowany obok swojego ojca w Teksasie.

Wilbur Littlefield wrócił do Los Angeles i skończył studia prawnicze. Przez jakiś czas prowadził własną kancelarię, a potem zaczął pracować jako obrońca z urzędu w hrabstwie Los Angeles. W końcu kierował departamentem, w którym pracowało siedmiuset prawników. Littlefield ożenił się niedługo po zakończeniu wojny, a jego żona Vera zmarła w 1998 roku. Dzisiaj, już na emeryturze, Wilbur Littlefield nadal mieszka w Los Angeles.

William Lutz jest pastorem metodystów i nie utrzymuje żadnego kontaktu z dawnymi kolegami.

Oliver Roesler ukończył college i został technologiem drewna. W związku z raną w szyję stwierdzono u niego dziesięcioprocentową utratę zdrowia i trzynaście dolarów, które otrzymywał z tego tytułu, starczało na opłacenie co miesiąc studiów. Wraz z dwoma braćmi i ojcem założyli własny biznes, firmę handlującą tarcicą. Roesler nadal mieszka niedaleko od Seattle i wyprawia się z wędką na łososie. Nie jest pewien, czy ponownie wstąpiłby do takiej jednostki jak Zwiadowcy Alamo, ale mówi, że "nie zamieniłby tego doświadczenia na nic innego". A w jego szyi nadal tkwią odłamki pocisku.

William E. Nellist, który bardzo nie lubił słuchać czyichś rozkazów, pozostał jeszcze przez jakiś czas w armii. CIA trzykrotnie próbowała go zwerbować, ale on za każdym razem odmawiał, bo obawiał się, że nie będzie miał czasu na swoje ukochane polowania i wędkowanie. Po opuszczeniu armii został hydraulikiem, bo, jak stwierdził, nie zniesie siedzenia za biurkiem. Nellist miał ze swoją żoną Jane dwóch synów. Zmarł 5 września 1997 roku.

Thomas Rounsaville spędził w wojsku trzydzieści dwa lata i brał udział zarówno w wojnie koreańskiej, jak i wietnamskiej. W 1965 roku kierował w Kongo akcją uwalniania białych zakładników, wziętych do niewoli przez kongijskich rebeliantów. Przechodząc na emeryturę w 1973 roku, Rounsaville był pułkownikiem. Zmarł 16 kwietnia 1999 roku.

"Baby" Lois McCoy, czyli Lois Bourinskie, która została uratowana z Los Baños w wieku trzech dni, ukończyła w 1966 roku Providence College of Nursing w Oakland w Kalifornii i pracowała w Southwest Washington Medical Center w Vancouver w stanie Waszyngton jako wykwalifikowana pielęgniarka. Owdowiała ponad dwadzieścia lat temu, ale nadal mieszka tam gdzie mieszkała, zajmując się swoim hobby, to znaczy malowaniem akwarelami i farbami akrylowymi.

Co prawda Zwiadowcom Alamo nie udało się schwytać na Filipinach japońskich dowódców, ale w końcu wpadli oni w amerykańskie sidła.
Generałowie Tomoyuki Yamashita i Hatazo Adachi, wraz z wieloma japońskimi cywilnymi i wojskowymi dowódcami, stanęli przed sądem wojennym oskarżeni o zbrodnie wojenne.
Generał Hatazo Adachi został skazany na dożywotnią karę więzienia za wydawanie rozkazów zachęcających do zabijania alianckich żołnierzy, co wiązało się z podejmowaniem przez niego decyzji prowadzących do wyniszczenia i niedożywienia oraz przeprowadzania egzekucji jeńców wojennych. Osadzony w więzieniu w Rabaulu Adachi 10 września 1947 roku popełnił rytualne harakiri, używając do tego starego, zardzewiałego noża.
Generał Tomoyuki Yamashita, czyli Tygrys Malajów, był sądzony za zbrodnie popełniane przez pozostających pod jego dowództwem żołnierzy, ale nie znaleziono bezpośrednich dowodów wskazujących na jego współudział w tych zbrodniach. Sądzono go za brak "odpowiedzialnej reakcji na zbrodnie popełniane przez podwładnych", co stało się znane jako "standard Yamashity", chociaż krytycy MacArthura byli zdania, że jedyną zbrodnią Yamashity było zwycięstwo nad egotystycznym amerykańskim generałem. Yamashita został uznany winnym zarzucanych mu czynów i powieszony 23 lutego 1946 roku.

Literatura.
Larry Alexander - "Shadows in the Jungle".
Oficjalna strona internetowa "Zwiadowców Alamo": www.alamoscouts.org

Strona: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12