ARTYKUŁY

Strona poświęcona wojnie na dalekim wschodzie, obejmującej zmagania armii i marynarki Cearstwa Japonii oraz Stanów Zjednoczonych.

Szlakiem kolei birmańskiej: Powrót nad rzekę Kwai - wspomnienia Loeta Velmansa

Loet Velmans miał 17 lat, gdy nazistowskie Niemcy dokonały inwazji na jego rodzinny kraj - Holandię. Po wielu perypetiach i udanej ucieczce do Wlk. Brytanii on i jego rodzina postanowili przenieść się do holenderskich Indii Wschodnich (obecnie Indonezja), powodowani nadzieją, że wojna nigdy nie dotrze do tego oddalonego zakątka świata. Tam wstąpił do wojska. Gdy w marcu 1942 r. Japończycy zaatakowali i szybko zdobyli archipelag, w życiu Velmansa rozpoczął się najbardziej upiorny i okrutny rozdział, trafił bowiem do japońskich więzień i obozów jenieckich, początkowo w Singapurze, potem w południowo-wschodniej. Azji. W straszliwych warunkach przebywali tam - umierając tysiącami z wycieńczenia, tropikalnych chorób, pracy ponad siły, zabijani przez Japończyków - żołnierze holenderscy, brytyjscy, amerykańscy i australijscy. Velmans uczestniczył przez 18 miesięcy w budowie słynnej "linii śmierci" - trasy kolejowej w dżungli na pograniczu birmańsko-syjamskim. To właśnie te wydarzenia zainspirowały twórców klasycznej książki, a potem filmu, Most na rzece Kwai. On sam nigdy jednak nie stracił nadziei na wyzwolenie: przeżył dzięki szczęściu, niezłomnej woli przetrwania oraz rozmyślaniom o zemście. Po prawie 60 latach odwiedził w Tajlandii miejsce, które miało stać się jego grobem i które stało się grobem jego najbliższego przyjaciela... Jego wspomnienia są przejmującym uzupełnieniem Mostu, a jednocześnie świadectwem wojny, o której w Polsce wiadomo nadal niewiele. Po 1945 r. L. Velmans osiedlił się w USA, jest specjalistą od public relations. Mieszka w Nowym Jorku i Sheffield w stanie Massachusetts.

Prolog

Chciałem odnaleźć obóz "Spring Camp", w którym omal nie umarłem pięćdziesiąt siedem lat temu. Chciałem jeszcze raz zagłębić się w dżunglę, żeby dotrzeć do miejsca, gdzie spoczywają szczątki mego przyjaciela George'a.
George nie był ostatnim z moich przyjaciół, który rozstał się z tym światem, ale jego śmierć przeszło pięćdziesiąt lat temu odcisnęła trwały ślad w mojej pamięci. Pochowałem go w pośpiechu, bezceremonialnie szarpiąc i wpychając jego ręce i nogi do jutowego worka, który musiał spełnić rolę trumny. Było to w roku 1943. George i ja spaliśmy na tej samej pryczy. Pracowaliśmy przy linii kolejowej Tajlandia-Birma zwanej "szlakiem śmierci" jako przymusowi robotnicy i jeńcy wojenni Japończyków. Byliśmy głodzeni, bici, wycieńczeni i schorowani.
George miał dwadzieścia siedem lat i przed wojną był przedsiębiorcą na plantacji w Holenderskich Indiach Wschodnich. Przez kilka miesięcy podupadał na zdrowiu i w końcu stracił zupełnie ochotę do życia. Mimo osłabienia strażnicy wypędzali go z baraku i zmuszali do pracy. "Nie dadzą mi spokoju", powtarzał ciągle, zanim dopadła go malaria. Ostatnie godziny jego życia zapadły mi na zawsze w pamięci: mówił od rzeczy, brzuch miał nienaturalnie wzdęty na skutek beri-beri, okropnie owrzodzone, zgangrenowane kończyny i przeraźliwie krzyczał i jęczał - ze złości, bólu i zwątpienia.

Japończycy świętują otwarcie szlaku kolei birmańskiej Fotografia 1. Japończycy świętują otwarcie szlaku kolei birmańskiej.

Miałem siedemnaście lat, gdy Niemcy wkroczyli na teren mojej ojczyzny, Holandii. Zostałem uchodźcą, uciekinierem-artystą, zawsze o krok przed wrogiem, dopóki ten nie dopadł mnie na Jawie. Uciekałem przed nazistami, a wróg, z którym zetknąłem się bezpośrednio, miał skośnooką, kamienną, beznamiętną twarz Japończyka. W czasie pobytu w obozie jenieckim starałem się odkryć, co kryje się za tą brutalną maską. Od niedawna zacząłem się zastanawiać nad napisaniem tej książki i zdałem sobie sprawę, że wiele czasu po wojnie poświęciłem dążeniom do tego, aby zrozumieć Japończyków. Wiele lat myślałem o tym, żeby odwiedzić Tajlandię. Zawsze jednak coś bardzo ważnego stawało mi na przeszkodzie realizacji takiego planu i wraz z Edith, moją żoną, z roku na rok odkładaliśmy wyjazd. Przypuszczam, że kryła się za tym uporczywa niechęć do powrotu do najgorszych chwil mego życia. Wreszcie w lutym 2000 roku się zdecydowałem. Wyruszyłem z żoną z Nowego Jorku do Kanchanaburi, odległego o jakieś sto czterdzieści parę kilometrów od Bangkoku, żeby spotkać się z moim przyjacielem Lexem Noyonem, który był ze mną w obozie. Lex, emerytowany profesor socjologii, przyleciał z Amsterdamu i to dzięki niemu nabrałem ochoty na tę podróż, bo on sam kilkakrotnie był już wcześniej nad rzeką Kwai. Podczas ostatniego pobytu przed dziesięciu laty dojechał rowerem do miejsca, gdzie był kiedyś obóz "Spring Camp" - jeden z dziesiątków obozów wzdłuż linii kolejowej Tajlandia-Birma znaczonej śmiercią ponad 20 000 angielskich, australijskich, holenderskich i amerykańskich jeńców wojennych oraz prawie 200 000 robotników przymusowych z wielu krajów Azji.
Nie miałem zbyt wielkich oczekiwań: wiedziałem, że dżungla pochłonęła wszelkie ślady naszego obozu. Po wojnie sami Tajlandczycy zniszczyli prawie całą linię - handel z Birmą nie uzasadniał jej istnienia, a poza tym kontakty z sąsiadem, który z historycznych względów traktowany był jako najeźdźca, zostało bardzo ograniczone. Zdawałem sobie sprawę także z tego, że gwałtowny rozwój gospodarczy Tajlandii w ostatnich latach spowodował znaczne zmiany w krajobrazie tego kraju - wielkie połacie dżungli zamieniono na bujne pola uprawne, tereny mieszkalne, boiska piłkarskie i pola golfowe.
Zamówiliśmy samochód z kierowcą, ale wkrótce okazało się, że nasz "przewodnik" nie zna i nie rozumie żadnego zachodniego języka. Mieliśmy co prawda mapy, ale były niezbyt pomocne w poszukiwaniu naszego obozu. Ruszyliśmy z Kanchanaburi na północ nowoczesną, dwupasmową autostradą. Po dwóch i pół godzinach mieliśmy serdecznie dość prób nawiązywania kontaktu z naszym kierowcą - uważaliśmy na przykład, że akurat wcześniejszy zjazd prowadził do celu - ale bez reakcji z jego strony. Postanowił sobie bowiem, że zawiezie nas tam, gdzie według niego jest coś ciekawego do zobaczenia: choćby malowniczy wodospad tłumnie odwiedzany przez wycieczki miejscowych turystów, którzy wśród drzew biwakowali.

Uznaliśmy, że nas to nie interesuje. Ruszyliśmy w dalszą drogę z szaleńczą prędkością. Kierowca nie reagował na nasze błagania, żeby zwolnił. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie zjechał z głównej drogi i zatrzymał się z piskiem opon przed nowoczesnym budynkiem stojącym na gęsto zadrzewionym wzgórzu w samym środku tropikalnej głuszy. - Witajcie w muzeum Hellfire Pass Memoriał - było to głośne powitanie wypowiedziane z mocnym, australijskim akcentem. Po czym nastąpił uścisk dłoni. Gospodarzem okazał się wysoki, dobrze zbudowany i ubrany w strój koloru khaki Terry Beaton, kierownik muzeum — finansowanego przez rząd australijski, osoby prywatne i spółki - które otwarto w 1998. Beaton, emerytowany podpułkownik armii australijskiej, bardzo ucieszył się z naszego przyjazdu.
- Większość odwiedzających to dzieci lub wnuki byłych jeńców, a wy jesteście żywymi świadkami historii. Jesteście pierwszymi jeńcami holenderskimi, których mam okazję poznać. Serdecznie witam.
Beaton sprowadził nas ze wzgórza po nowym betonowym chodniku biegnącym do przecinki w dżungli, gdzie ułożono tor kolejowy na oryginalnych pięćdziesięcioletnich podkładach. Szliśmy prawie godzinę w tropikalnym upale południowego słońca przez Hellfire Pass, wąwóz szeroki na dwadzieścia parę metrów, który wykuli w skale robotnicy przymusowi. Przypomnieliśmy sobie, jak wybijaliśmy młotami dziury pod ładunki wybuchowe. Beaton, z zawodu inżynier kolejnictwa, był pełen podziwu dla zakresu robót wykonanych w czasie wojny.
- To robi wrażenie - powiedział. - Japończycy w piętnaście miesięcy zbudowali pięćsetkilometrową linię kolejową, bez użycia odpowiedniego sprzętu przebijając się przez górzystą dżunglę. W porze deszczowej panują tu najgorsze na świecie warunki klimatyczne. To wyczyn na miarę budowy egipskich piramid.
- I tak jak dla faraonów - zauważył oschle Lex - życie ludzkie nie miało dla nich żadnego znaczenia.
Nasz nowy znajomy zaczął zastanawiać się nad tym, jak Lexowi i mnie udało się przeżyć.
- Nie należycie do wielkoludów - powiedział. - Każdy więzień otrzymywał taką samą nędzną rację żywnościową. Gdybyście byli wysocy i dobrze zbudowani, i potrzebowalibyście więcej jedzenia, najpierw wy poszlibyście do gazu.
Przy budowie kolei na Hellfire Pass, wyjaśnił, ujawniły się naturalne animozje między Brytyjczykami i Australijczykami, co doprowadziło do zaciętej rywalizacji o to, kto wykona więcej otworów. Apatyczni Holendrzy pracowali w możliwie najwolniejszym tempie, przez co narażali się na bicie, ale nie uczestniczyli w tym współzawodnictwie, oszczędzali siły i najwięcej z nich przeżyło.
Na końcu przesieki trwały prace przy odbudowie drewnianego mostu przez wąwóz, gdzie z wycieńczenia padło bardzo wielu jeńców. Sześćdziesięciu dziewięciu zostało zakatowanych na śmierć przez strażników.

Most na rzece Kwai. Jeden z trzech stalowych mostów jakie zbudowali Japończycy na Fotografia 2. Most na rzece Kwai. Jeden z trzech stalowych mostów jakie zbudowali Japończycy na "lini śmierci".

Po odświeżeniu wspomnień i przekazaniu (po tajsku) naszemu kierowcy odpowiednich informacji Lex i ja byliśmy zdecydowani, jak nigdy, odnaleźć nasz obóz. Na końcu błotnistej drogi z głębokimi koleinami dotarliśmy do małej polany. Kierowca wyskoczył z samochodu i szybko pobiegł przed siebie, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu. Na szczęście po chwili wrócił i żywiołowo gestykulując, dał nam znak, żebyśmy poszli za nim wąską ścieżką. Po kilku minutach dotarliśmy do kolejnej, malowniczej polany nad stawem. Na dużej tablicy ktoś koślawo napisał: ŹRÓDŁA. Nie było tu żadnych śladów osadnictwa, ale wkrótce zostaliśmy otoczeni przez gromadę dzieci, które nie wiadomo skąd się wzięły. Były sobą oczarowane, gdy moja żona pozwoliła im popatrzeć na ekran cyfrowej kamery wideo.
Lex wątpił w to, że dotarliśmy we właściwe miejsce. Nasz obóz nazwany został, co prawda, "Spring Camp" od pobliskiego źródła, ale innych charakterystycznych znaków nie było. W czasie jego ostatniego pobytu był tu jeszcze mały most. Lex, mrucząc coś pod nosem, oddalił się i zostawił nas. Po jakichś dziesięciu minutach zacząłem się o niego niepokoić. Lex, nieustraszony siedemdziesięcioletni podróżnik, cierpiał na jaskrę i miał kłopoty z sercem. Poszedłem go poszukać. Na szczęście odpowiedział na moje wołania. Znalazłem go na skraju zarośli, skąd dobrze widać było niedalekie góry.
- To tu - powiedział. - W tym samym miejscu stałem osiem lat temu, chociaż nie widzę mostka który jeszcze wtedy tu był. Spójrz na te skaliste formacje, widoczne tylko wtedy, kiedy nie pada.

Fotografia lotnicza dwóch mostów na rzece Kwai. Lewy most był drewniany (litera A). Literą B oznaczony most stalowy istniejący do dziś Fotografia 3. Fotografia lotnicza dwóch mostów na rzece Kwai. Lewy most był drewniany (litera A). Literą B oznaczony most stalowy istniejący do dziś.

Nie przypominałem sobie żadnego mostu, ani skalistych formacji. Pamiętałem dobrze, że byłem zbyt chory i słaby, by podziwiać krajobraz. Nie odczuwałem żadnych emocji, stojąc w samym środku uśpionej, dziewiczej, pięknej głuszy. Pomyślałem sobie, że to jest to. Wszystko w doskonałej harmonii. Rozejrzałem się pobieżnie, żeby sprawdzić, czy nie ma tu jakichś śladów ludzkiej egzystencji. Niestety, niczego nie zauważyłem. "Spring Camp" przegrał walkę z czasem.
- Lex, idziemy stąd - powiedziałem zniecierpliwiony.

Dopiero po jakimś czasie, gdy wracaliśmy samochodem po ciężkim, męczącym dniu do hotelu, ogarnął mnie znany mi strach i złość. Niespodziewanie przypomniałem sobie nasz pierwszy dzień w Kanchanaburi, kiedy zwiedzaliśmy słynny Most na rzece Kwai - jedną z miejscowych atrakcji turystycznych. Wiele hoteli i pensjonatów rozstawiło stoiska z pamiątkami; handlarze uliczni sprzedawali odzież, chustki, kapelusze i kartki pocztowe; kramy i restauracje oferowały miejscowe specjały - wszystko dla turystów. Odbudowany most kolejowy — jedyny ocalały z trzech stalowych i sześćdziesięciu sześciu drewnianych na szlaku - stanowił bez wątpienia atrakcję dla licznych turystów z Japonii, którzy, jak nam powiedziano, przyjeżdżali zwabieni wielką liczbą tanich pól golfowych. Most wznosił się wysoko nad poziom wody, a był przy tym tak wąski, że można było po nim chodzić tylko parami, powoli, zachowując wielką ostrożność. Byliśmy już na moście, gdy z przeciwka zbliżyła się grupa Japończyków. Nie zwracali uwagi na nic i na nikogo, kto znajdował się na ich drodze. Co kilka metrów były małe podesty, na wypadek, gdyby turyści musieli się mijać, ale Japończycy nie zamierzali z nich korzystać. Nie przepuścili nas - idąc dużą, przynajmniej dwudziestoosobową grupą zepchnęli nas na bok. Edith i ja czekaliśmy, kiedy uda nam się szybko przeskoczyć na kolejny podest. Lex, który ledwie widział na dwa kroki, beztrosko szedł sobie naprzód, przez co zmusił bezczelnych Japończyków, by się na chwilę zatrzymali, co bardzo im się nie podobało. Edith złapała mnie za rękę i powiedziała, że się boi. Ja byłem tym wszystkim tylko zirytowany. Nie widzieliśmy, żeby Japończycy zwracali uwagę na pomniki ku czci poległych, które znajdowały się nad brzegiem rzeki. Byli zbyt zajęci robieniem sobie zdjęć na jej tle. Dopiero w samochodzie moje rozdrażnienie przeszło w złość - na Japończyków i samego siebie. Jak długo pozwolę im jeszcze wchodzić sobie na głowę? Czyżby nic się nie zmieniło?

Strona: 1, 2, 3, 4, 5, 6